Michał Stankiewicz

Zaczynał w Gazecie Wyborczej, a od 1999 r. dziennikarz „Rzeczpospolitej“. Od kilku lat związany też z TVN. Laureat wielu ogólnopolskich nagród, m.in. „Watergate“ Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz Fundacji Batorego. Dwukrotnie nominowany do Grand Press, a ostatnio do Mediatorów. Pasjonat tenisa, dobrej muzyki oraz... psów rasy bokser. Założyciel i wydawca Prestiżu.

Krzywym okiem

3 zł, potem 8 zł, a na końcu 70 zł. To uśrednione ceny bałtyckiej flądry. Za kilogram. Pierwsza cena to ta za jaką rybak sprzedaje rybę hurtownikowi. Druga – tj. 8 zł to cena za jaka ryba – od hurtownika trafia do restauracji. A potem jest już różnie. W tańszych smażalniach i mniejszych miejscowościach może kosztować 60 zł za kilogram, a nawet mniej. W większych – 70 zł, a w Trójmieście nawet 75 zł. To dane jakie niedawno podaliśmy w „Rzeczpospolitej”. 

3 zł, potem 8 zł, a na końcu 70 zł. To uśrednione ceny bałtyckiej flądry. Za kilogram. Pierwsza cena to ta za jaką rybak sprzedaje rybę hurtownikowi. Druga – tj. 8 zł to cena za jaka ryba – od hurtownika trafia do restauracji. A potem jest już różnie. W tańszych smażalniach i mniejszych miejscowościach może kosztować 60 zł za kilogram, a nawet mniej. W większych – 70 zł, a w Trójmieście nawet 75 zł. To dane jakie niedawno podaliśmy w „Rzeczpospolitej”. 

Gastronomia słynie z wysokich marż, rzędu nawet kilkaset procent. Rzadko się nad tym pochylamy. Przecież nie po to chodzimy do restauracji, by komuś wyliczać zarobek. Zestawienie ceny wyjściowej – tej od rybaka, czyli 3 zł, a centy finalnej, czyli 75 zł może jednak szokować. To 25 krotność! Lub inaczej: to wzrost o 2400 punktów procentowych! 

Z jednej strony mamy rybołówstwo. Branża uznawana za niezwykle trudną, ciężką, a nawet niebezpieczną. Małe jednostki, często niedofinansowane, gdzie o wypadek nie trudno. No i potężny żywioł jakim jest morze. O ile latem stosunkowo ciepłe i bardziej życzliwe, to jesienią i zimą surowe, momentami bezwzględne. Szczególnie, że połowy trwają cały rok, a niektóre ryby – jak np. popularnego dorsza - łowi się właśnie jesienią i zimą. Wyobraźcie więc sobie, że zamiast parzyć kawę w ciepłym biurze spoglądając jednocześnie co nowego słychać na fejsie – musicie płynąć w zimowy, mroźny świt na morze kilkunastometrową jednostką. Spore fale, do tego przenikliwy wiatr. Dorzućmy jeszcze deszcz. A temperatura choć koło zera, to jej odczuwalność – jak to na północy kraju – znacznie poniżej. Przed wami kilka godzin, a bywa, że nawet dni wyciągania sieci i układania ryb na bujającym pokładzie. 

Z drugiej strony są nadmorskie restauracje i smażalnie. Biznes też niełatwy, szczególnie jeżeli wziąć pod uwagę kapryśne polskie lato. Sezon krótki, w mniejszych miejscowościach trwający 2 miesiące. W miastach trochę dłużej. Wysokie czynsze, brak ludzi do pracy, no i do tego presja aparatu państwowego, by wyciągnąć od przedsiębiorcy jak najwięcej się da. To wszyscy znamy. Stąd odpowiednia cena musi to wszystko uwzględniać. Czy jednak aż taka? Daleko mi do socjalistycznych teorii o zdziercach kapitalistach, wyzyskiwaczach i spekulantach, a nawet wprost przeciwnie – liberalizm i wiara w zdolność rynku do zdrowej samoregulacji jest mi bliska. W takich jednak przypadkach pojawia się wątpliwość.

Wracając do rybaków. Polska flota rybacka - wg danych GUS w 2015 roku liczyła około 875 jednostek. Z czego tylko 139 kutrów, reszta to małe łodzie. W 2015 roku suma polskich połowów wyniosła 187 tys. ton, z czego na Bałtyku złowiliśmy 134,7 tys. Najwięcej, bo aż 64,2 tys. ton szprot. Potem w kolejności ilości były śledzie i ostroboki. Pozostałe 52,3 tys. to połowy dalekomorskie. 

Jeszcze w latach 90. mieliśmy wielokrotnie większą flotę. Nie tylko bałtycką, ale i dalekomorską. Dalekomorska padła głównie wskutek uwarunkowań politycznych (brak dostępu do łowisk), a bałtycka zaczęła być redukowana. Pamiętam jak kilkanaście lat temu polscy rybacy wręcz zwariowali na punkcie złomowania jednostek. To był wielki program redukcji polskiej floty prowadzony po naszym wejściu do UE, która oceniała, że w Bałtyku jest za mało ryb w stosunku do możliwości naszej floty. Stąd powstał program, który miał zachęcić rybaków do zmiany zawodu. Za oddanie kutra na złom rybak dostawał nawet 1 mln zł. Albo i więcej. Trudno się dziwić, że z tej propozycji skorzystało mnóstwo rybaków – od Świnoujścia po Krynicę Morską. Patrząc z kolei na ceny sprzedawanych dzisiaj przez nich ryb można się czasem dziwić, że dalej chcą pływać. 

A nam konsumentom pozostaje tylko pomarzyć, że może kiedyś – jako mieszkańcy nadmorskiego (!) kraju będziemy mogli do woli jeść relatywnie tanie i świeże (!) ryby. Tak jak to jest w innych nadmorskich krajach. A co do poszukiwania świeżych ryb -  to już temat na zupełnie oddzielny felieton. W wakacje polecam flądrę. Zdecydowanie największa szansa, że będzie świeża.