Jerzy Limon

Jerzy Limon jest profesorem zwyczajnym Uniwersytetu Gdańskiego oraz dyrektorem Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego. Wydał kilkanaście książek naukowych z zakresu historii i teorii literatury, dramatu i teatru, a jego specjalnością jest XVI i XVII wiek (w tym i twórczość Szekspira). Jest autorem pięciu powieści i przekładów dawnego i współczesnego dramatu angielskiego. W wolnym czasie gotuje.

Królewskie dotknięcie

Dziś będzie o rodzinie królewskiej, ale trochę nietypowo. Zacznę bowiem od mojego barku, który boleśnie stłukłem na nartach podczas pierwszego dnia urlopu w lutym tego roku. Narty kocham, choć z niewielką wzajemnością.

Dziś będzie o rodzinie królewskiej, ale trochę nietypowo. Zacznę bowiem od mojego barku, który boleśnie stłukłem na nartach podczas pierwszego dnia urlopu w lutym tego roku. Narty kocham, choć z niewielką wzajemnością. W każdym razie, do upadku doszło podczas śnieżycy na prawie płaskim stoku. Mam jednak taką przypadłość, że kiedy nie widzę, jadąc na przykład w chmurze, to tracę równowagę. No i bęc, leżę. Potem zjechałem jakoś na dół, ale następnego dnia ręka sztywna, nie mogę ruszać. Więc zaraz do lekarza, prześwietlenie, no i ręka na temblaku, na tydzień, czyli do końca urlopu. I tyle radości z nart w tym roku.

Niestety, po zdjęciu temblaka ręka wprawdzie była ruchoma, ale ból pozostał, zwłaszcza w nocy. Sen przerywany, a w dodatku codziennie rano budziłem się z bólem. Lekarze mówią, że z barkiem tak jest i rady nie ma. Jaki to ma związek z rodziną królewską? Ano ma.

Zapewne większość z Państwa wie, że 18-go lipca gościliśmy w Gdańsku JKW Księcia i Księżną Cambridge. W programie bardzo intensywnej i męczącej wizyty znalazł się też Teatr Szekspirowski, którego patronem jest ojciec Williama, JKW Książę Walii. 

Tłum Gdańszczan witał księcia Williama i księżną Kate, wiwatując, piszcząc i machając chorągiewkami. Tak to jest w dzisiejszym świecie, że celebryci traktowani są czcią należną stworom niebiańskim, jak nadludzie, nieomal żywi święci. I to nie tylko arystokraci, lecz także piłkarze, koszykarze, aktorzy, muzycy czy politycy. Z racji tej, że jestem dyrektorem owego teatru, miałem zaszczyt nie tylko uścisnąć dłonie dostojnych gości (co ma pewne znaczenie dla dzisiejszej opowieści), ale i oprowadzenia książęcej pary i przedstawienia im rozmaitych niezwykłości obiektu, jak system ruchomych zapadni, czy otwierany dach. Był też program artystyczny, krótki ale efektowny. 

Pomimo napiętego harmonogramu, po drodze z jednego pomieszczenia do drugiego, mieliśmy okazję zamienić parę słów niezwiązanych z wizytą i właśnie o celebrytach żartowaliśmy. Pozwoliłem sobie w pewnym momencie przytoczyć szczególne cechy, o jakie w dawnych wiekach posądzano członków rodziny królewskiej, szczególnie we Francji i Anglii. Chodzi o tzw. królewskie dotknięcie („Royal touch”).

Otóż, począwszy od wieków średnich, i to wczesnych, wierzono iż prawowity monarcha nie tylko, jak podaje Pismo Święte, jest odporny na choroby i jad, ale sam ma zdolności uzdrowicielskie. Wyznaczano jeden dzień w roku (potem i więcej), kiedy wyselekcjonowaną grupę chorych doprowadzano przed króla czy królową i tam dochodziło do swoistego rytuału uzdrowieńczego: monarcha dotykał chorego, niekiedy zawieszał jakiś medalik na szyi, no i w lud szły wieści o kolejnych uzdrowieniach. 

Wspomina o tym Szekspir a Makbecie. Co więcej, ów rytuał i dar wynikał, jak wierzono, z namaszczenia podczas koronacji, a więc był dany przez Boga. Uzurpator nie mógł go posiadać, więc niejeden monarcha starał się udowodnić, że jego władza jest prawowita właśnie poprzez objawienie owych ozdrowieńczych zdolności. 

Podczas swego panowania królowa Elżbieta I była z początku niechętna bezpośrednim kontaktom z plebsem, ale kiedy papież ją ekskomunikował i oświadczył, że nie posiada ona żadnych mocy ozdrowieńczych, zgodziła się na wznowienie rytualnych spotkań z chorymi. Efekty były znakomite, zwłaszcza w przypadkach skrofuły, czyli gruźliczego zapalenia naczyń chłonnych. Spotkania te kontynuowali jej następcy do XIX stulecia.

Tak więc, pośmialiśmy się trochę z księciem Williamem z wiary w uzdrowieńczą moc królewskiego dotknięcia, o której wcześniej nawet nie słyszał, no i reszta spotkania upłynęła nam w sposób nad wyraz sympatyczny. Pożegnaliśmy się kolejnym uściskiem dłoni. Jak można sobie wyobrazić dzień był dla mnie bardzo męczący, więc z rozkoszą padłem do łóżka z nadzieją, że bolący bark nie będzie mnie w nocy budził. No i proszę sobie wyobrazić, że spałem nieprzerwanie całą noc, a rano, po raz pierwszy od wielu miesięcy, obudziłem się bez bólu. I jak tu być niedowiarkiem?