Arkadiusz Hronowski

od 2001 roku zawiaduje sopockim SPATiF-em. Odpowiada za serwis muzyki niezależnej Soundrive.pl oraz festiwal muzyki alternatywnej Soundrive Fest. Jego ostatnie, najbardziej wyczekiwane dziecko to Klub B90 na terenie Stoczni Gdańskiej. Kolejne dziecko, które przyjdzie na świat niebawem to Browar Gdański Kulturalny. W wolnych chwilach trwoni czas w zespole The Stags, pisząc piosenki tylko miłości.

CHŁOPCY Z FERAJNY

O klasycznym mezaliansie towarzyskim nie ma sensu pisać, gdyż to zawsze będzie przykre dla jednej ze stron. Natomiast istnieje coś takiego jak grupa, paczka, ferajna, szajka, towarzystwo.

O klasycznym mezaliansie towarzyskim nie ma sensu pisać, gdyż to zawsze będzie przykre dla jednej ze stron. Natomiast istnieje coś takiego jak grupa, paczka, ferajna, szajka, towarzystwo. Zwykle proceder zaczyna się na podwórku. Nie wiem czy dziś jeszcze funkcjonuje pojęcie podwórka, ale z pewnością za „Waszych” czasów tak. Wówczas dobieraliśmy się pod kątem zainteresowań. Zwykle była to wśród chłopców piłka nożna, a wśród dziewczynek zabawa w dom. 

Ja przyznam się, że  trochę o piłkę zahaczyłem, ale moje podwórko było chyba jedno z fajniejszych. Przede wszystkim było na nim asfaltowe boisko. Bez bramek i koszy, ale asfaltowe. Wiecie co to oznaczało w latach 80-tych? Piaskownica była, ale praktycznie nikt w niej się nie grzebał, poza lalusiami pod opieką babć. 

Banda zbierała się na boisku. Otoczone ono było kilkoma ławeczkami bez oparć. W okresie piłki nożnej służyły za bramki. Graliśmy do dwóch bramek, bez bramkarzy, usytuowanych na jednym boku boiska. To musiało rozwijać kreacje. Krawężnik wokół boiska służył też za jedyny w swoim rodzaju tor do kapsli, a właściwie pokrywek po słoikach. 

Ubytki w łączeniach krawężników były naturalnymi przeszkodami, a różna ich wysokość powodowała, że każdy musiał wypracować własną technikę. Narożniki były niczym przepaść, bo jak ktoś za mocno pstryknął pokrywkę, wypadał i wracał na finisz lotny. A atakowanie mety z dużej odległości było pokazem najwyższej precyzji i zarazem  uznaniem grupy. Pokrywki były szlifowane o krawężniki, niektóre nawet specjalnie wyginane, by pokonywać przeszkody. Tory i kiełbaski malowane fragmentem białej cegły na asfalcie były dla leszczy. 

Na boisku spotykaliśmy się również na rowerach. Były to głównie składaki. Hitem wcale nie były Wigry. To był rower dla frajerów. Najbardziej kozacki był stjuningowany Pelikan, z białymi rączkami na kierownicy, bez błotników i  łysymi oponami. Oczywiście jak pojawiał się ktoś z bagażnikiem mógł jedynie stać i się przyglądać naszym popisom. Ja miałem zimowe, bordowe kozaki imitujące buty żużlowe, bo boisko posypywane było specjalnie piaskiem, by na zakrętach efektownie wystawiać  nogę i jechać w poślizgu. 

Na końcu najważniejsze było brawurowe hamowanie. Nie ukrywam, że byłem w tym dobry. Oczywiście dzwonek, dynamo i światło to był totalny obciach. Jedynym gadżetem na jaki mogliśmy sobie pozwolić to „enerdoskie” czerwone i granatowe kotki zakładane na obie ośki. Po co? W trakcie jazdy czyściły owe osie, a te  świeciły się niczym prawdziwa nierdzewka. Odblaski pojawiły się później, ale my już przerzuciliśmy się na deskorolki. I aby było jasne, deskorolki zbudowaliśmy sami z planów Młodego Technika. 

Dechy obrabialiśmy wszyscy w garażu moich rodziców jedynym na dzielnicy tarnikiem. Ojciec mówił na niego raszpla. Szło dobrze. A skąd kółka? I znów kłania się NRD i możliwość śmigania do pobliskiego Ahlbecku. A tam były wrotki. Sprzęt na prawdziwych gumowych i kulkowych łożyskach. 

Problem polegał na tym, że żaden z nas nie mógł sobie pozwolić na zdemolowanie nowych wrotek i musiał jeździć na nich co najmniej rok, aby starzy uznali, że są już stare. Wtedy odkręcało się mechanizm z kółkami od reszty i po precyzyjnym zamontowaniu w osi deskorolka była gotowa. Co to była za radość. Byliśmy najszczęśliwsi. 

Do czasu kiedy ojciec jednego kumpla nie przywiózł z rejsu prawdziwej amerykańskiej deski z żółtymi, przezroczystymi, szerokimi kółkami. Nie powiem, była trauma. Jeżdżenie na tej desce raz na dwa tygodnie przez kilka minut było jak emisja serialu Kosmos 1999. 

Zapomniałem jeszcze o UFO. To były kapsle po gorzale wypełnione saletrą z cukrem. Robiło się dziurkę z boku podstawy, podpalało i za chwilę kapsel dostawał tak potężnych obrotów oraz mocy, że wylatywał w powietrze. Zaznaczam, że boisko było otoczone czterema, dziesięciopiętrowymi wieżowcami. Nasze UFO często latało wyżej. 

Zima to był dla nas czas nie tylko sklejania Małych Modelarzy, ale przede wszystkim zaczęła w nas kiełkować zdolność współpracy. I nastąpił moment kiedy postanowiliśmy sami zbudować  na boisku lodowisko. Tak, nikt ze starszych nam nie pomagał. Zorganizowaliśmy szlauch, dogadaliśmy w piwnicznej pralni, że będziemy stamtąd pobierać wodę i się zaczęło. Opracowaliśmy metodę lania wody na rozłożony koc. Wiecie jaka na drugi dzień była jakość lodu? To była prawdziwa szklanka. 

Pełniliśmy wieczorne dyżury podczas wylewania. Byliśmy mokrzy i cały czas na łyżwach, aby nie zamoczyć butów. Co 10 minut się zmienialiśmy i staliśmy przy kaloryferze na klatce, by wysuszyć rękawiczki i dalej do roboty. Bardzo szybko zawiązała się drużyna hokejowa i zaczęliśmy grać regularne mecze. Małolaci mieli pozwolenie na jeżdżenie dopiero wieczorem, kiedy my się już nagraliśmy. 

I tak mijały lata, poznawało się kolejnych znajomych, jeździło się na kolejne wakacje, chodziło na imprezy i dziś kiedy mamy znów swoją bandę, to największym problemem jest się umówić na wspólną imprezę. Bo kiedy szołbiz w weekend pracuje, budżetówka i sektor prywatny baluje. A kiedy szołbiz w tygodniu odpoczywa i baluje, to budżetówka i sektor prywatny zwiększa PKB. Ale i tak mamy swoje boisko.