Jerzy Limon

Jerzy Limon jest profesorem zwyczajnym Uniwersytetu Gdańskiego oraz dyrektorem Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego. Wydał kilkanaście książek naukowych z zakresu historii i teorii literatury, dramatu i teatru, a jego specjalnością jest XVI i XVII wiek (w tym i twórczość Szekspira). Jest autorem pięciu powieści i przekładów dawnego i współczesnego dramatu angielskiego. W wolnym czasie gotuje.

USTAWKI NA PIĘŚCI I SŁOWA

Obserwując częste w ostatnich latach roszady w naszych partiach politycznych, dochodzę do wniosku, że na wzór klubów piłkarskich powinna powstać ławka transferowa posłów.

Obserwując częste w ostatnich latach roszady w naszych partiach politycznych, dochodzę do wniosku, że na wzór klubów piłkarskich powinna powstać ławka transferowa posłów. Raz do roku, w ściśle określonych terminach, można by się pozbyć z własnych szeregów niechcianych albo skompromitowanych polityków, a zasoby wzmocnić poprzez zakupy nowych. Odbywać się by się to mogło oficjalnie i jawnie, z upublicznieniem stawek i innych korzyści majątkowych, z dopuszczalnością umów barterowych, na przykład: za pomocnika damy wam obrońcę, albo za „strikera” chcemy bramkarza, choćby rezerwowego.

Nie tylko od działaczy klubowych można się uczyć. Od kiboli też. Obserwując dialog polityczny w naszym kraju, coraz częściej dochodzę do wniosku, że debaty parlamentarne powinny być poprzedzone potyczkami harcowników, które odbywać by się mogły w przestrzeniach publicznych, nawet poza telewizyjnym czy radiowym studio. Kibole już dawno pokazali, że poza boiskami należy urządzać ustawki, gdzie kibice jednej drużyny biją (i to jak!) kibiców drugiej drużyny tylko dlatego, że jednym podoba się kolor biało - zielony, a drugim, dajmy na to, żółto - niebieski. 

Co więcej, każda ze stron uważa się za reprezentanta nie tylko klubu, ale i narodu, tego prawdziwego, podczas gdy ich adwersarze to zazwyczaj polskojęzyczne „Żydy”. Tak więc, w ramach rozgrzewki, politycy mogliby spotykać się na podobnych ustawkach, by dać upust złym emocjom, dać nauczkę zdrajcom, a następnie – oczyszczeni niczym w katharsis – brać udział w debatach rzeczywiście parlamentarnych. 

Nie byłbym sobą, gdym nie nawiązał do tradycji anglosaskiej, gdzie już pod koniec średniowiecza spopularyzowane zostały pojedynki na słowne obelgi i obrazy, zwane „flyting” (lub „fliting”; wym. flajting). Przeciwnicy siadali naprzeciw siebie i obrzucali się wyzwiskami, przy czym o wygranej decydowali zebrani widzowie. Można było używać słów wulgarnych, związanych – między innymi - z prokreacją, wielkością członka, pochodzeniem z nieprawego łoża, potencją, narodowością, a nawet wydzielinami ciała. Warunek był jeden, a może dwa: w obelgach musiał być element żartu, dowcipu (w sensie, jaki nadał temu słowu Zagłoba). 

No i po drugie, musiały być rymowane, co zbliża owe utarczki do występów dzisiejszych raperów, gdzie często improwizowany potok słów, czyli „flow”, ma wyraźne walory poetyckie, jest zrytmizowany i rymowany, zazwyczaj bardzo dowcipnie. Nie brak też w rapie wulgaryzmów, ale ich siła rażenia jest złagodzona właśnie przez objawiane przez te teksty walory poetyckie. Również i w środowisku raperów mamy pojedynki na słowa, prowadzone w klubach w obecności fanów, w których nie brak złośliwych (acz dowcipnych) przytyków pod adresem adwersarza. 

Ale nawet jeśli dopatrzyć się tam można wulgaryzmów czy obscenów, to ich celem nie jest poniżenie przeciwnika, zranienie obelgą, obalenie wyzwiskiem, lecz raczej żartobliwe wyśmianie. I musi to być dowcipne, musi zwracać uwagę właśnie na cechy żartu, na to jak dana fraza jest zbudowana. Żart przynajmniej częściowo jest bowiem nastawiony na siebie, na odkrywanie przed słuchaczem własnej budowy, jej oryginalności i inteligencji. W przeciwnym razie staje się rynsztokowym pomyjem, w czym zdaje się specjalizować część naszych posłów. Dlatego w konkursach „flyting” przepadliby z kretesem. Rapu nawet nie znają, bo nie mieści się on w cywilizacji białego człowieka.

W literaturze można znaleźć wiele przykładów „flyting”. U Szekspira, na przykład, mistrzem tego typu wypowiedzi jest błazen Tersytes w sztuce „Trojlus i Kressyda”. Szczególnie uwziął się on na Ajaksa, wojownika silnego, lecz obdarzonego niezbyt lotnym umysłem. Nazywa go kloaką, kundlem z wołową albo wypraną mózgownicą, strupem, parszywym durnym samochwałem, tępych pachołkiem Marsa, górą mięsa i tak dalej i tym podobnie. Ale czyni to zawsze w sposób zabawny i oryginalny, dbając o to, co we współczesnej retoryce określa się niekiedy mianem „kairos”, czyli użyciem odpowiednich (stosownych) słów w odpowiednim (stosownym) czasie. 

Wydaje się zatem, że jeśli nasi politycy wyszkolili by się w trudnej sztuce inteligentnej walki słowem, czyli „flyting”, albo choćby w rapie (rapująca pani poseł Pawłowicz byłaby hitem!), to nawet wspomniane ustawki nie byłyby potrzebne. Ale do tego potrzebny jest rozum i dowcip. No i wyczucie decorum. A z tym u nas krucho.