ANDREA ANASTASI
TWARDY WOJOWNIK

Uwielbiany przez kibiców. Autorytet dla zawodników. Doceniany przez działaczy. Pożądany przez sponsorów. Z sympatią traktowany przez Polaków. Andrea Anastasi, Włoch na polskiej ziemi, który podnosząc z kolan drużynę Lotosu Trefl Gdańsk pokazał, że walczy się zawsze do końca. O rywalizacji i równowadze rozmawiamy spoglądając przez ulubione okno w sopockiej Zatoce Sztuki, bo jak mówi Andrea, widok polskiego morza najlepiej ładuje życiowe baterie.

Można zjeść w trójmieście prawdziwe włoskie spaghetti

I to jakie! Na mojej kulinarnej mapie są miejsca, które zawstydziłyby niejednego Włocha. To dwie restauracje, w których serwowana jest prawdziwa włoska kuchnia. Chociaż to spaghetti, które ja robię w moim domu, jest najlepsze! (śmiech) Sekret tkwi w pasji do gotowania i świadomości, że każda kuchnia ma swoje tajemnice. Nie da się zrobić dorsza po polsku kombinując z włoskimi przyprawami. 

Dla Włocha nie ma życia bez spaghetti?

Pasta to dla nas religia. Czasem znajomi czy chłopaki z zespołu pytają, gdy jemy w knajpie: Trenerze, a to jest ta wasza włoska pasta? Odpowiadam niezmiennie – pasta? To jest „makarone”, a nie pasta! To dwie różne rzeczy.

Bez pizzy też się nie da?

Bardzo lubię, ale polscy kucharze mają skłonności do przesady. Mnóstwo składników, które bardzo często wzajemnie się wykluczają. Taka typowa włoska pizza to idealne ciasto, najwspanialszy sos z pomidorów i genialna mozzarella. Tym trzeba się rozsmakować. Wygrywa prostota. Spróbuj we Włoszech Margarity, ewentualnie z dodatkiem prosciutto, a zmienisz zdanie i przekonasz się, że dla nas to również klasyk w menu.

Cały świat stał otworem. Trafiasz jednak do Polski i podejmujesz się pracy z drużyną, której do wielkich sukcesów daleko. Dlaczego Lotos Trefl? Co Tobą kierowało

Co mną kierowało? Sam nie wiem do tej pory! Żartuję! Pewnego dnia zadzwonił telefon. Mój manager, gdy usłyszeliśmy polską propozycję powiedział, że to ja muszę wiedzieć, czy tego chcę. Początkowo nie byłem przekonany do tego pomysłu, ale zdecydowałem się na spotkanie. Poczułem się po nim podekscytowany, poznałem bowiem zapaleńców, którzy mieli wizję, marzenia i poczułem po prostu wyzwanie. A ja wyzwania wręcz uwielbiam. Lotos Trefl przed moim przybyciem był klubem jakich wiele. Zupełnie normalny, bez szczególnych perspektyw. Chciałem w nim stworzyć coś, co mógłbym sygnować swoim nazwiskiem. W tej chwili klub jest kojarzony w Europie, przed moim przybyciem prawie nikt o nim nie słyszał.

Włoski trener wniósł na boisko włoską filozofię sportu?

Wierzę, ze trenowanie to sztuka. Art Of Coaching to nie jest filozofia. Generalnie każdy trener, który pracuje z pasji powinien mieć przede wszystkim dużą dozę świadomości. Błędne koło, w którym jest jedynie opętańcza praca bez czasu na oddech powoduje, że tracimy z oczu rzeczy istotne w naszym zawodzie. Sztuka trenowania, o której mówię, to szereg czynników. Począwszy od umiejętnego zbudowania zespołu specjalistów, z którym będziemy pracować. Jednostkowe działania bez poparcia w sile zespołu tworzą krótkofalowe rozwiązania. 

To była najtrudniejsza rzecz którą zrobiłeś w Lotosie Trefl?

Mieliśmy dużo szczęścia. Udało się nam pozyskać graczy, którzy nie kosztowali ogromnych pieniędzy. To był taki moment, w którym dobrzy zawodnicy byli na rozdrożu sportowym. Brakowało mocy, brakowało motywacji i pewnie niejeden myślał, że pora skończyć z siatkówką. Kluczem do sukcesu w pierwszym okresie pobytu w Gdańsku było stworzenie chemii w zespole. Zawodnicy poczuli nadzieję i ich motywacja zaczęła rosnąć. 

Ile osób pracuje z Tobą dla siatkarzy?

6 osób – manager, asystent trenera, trener biomechaniki, statystyk - szalenie ważna rola dla zespołu, fizjoterapeuta i osoba do kontaktów z biurem

Wszyscy młodsi od Ciebie?

Tak!

Twój wiek pozwala na większy autorytet? Taki ojciec chrzestny?

(Śmiech). Autorytet z pewnością buduje doświadczenie. Ja je mam, a wiek zrobił swoje.

Trener doskonały - to jest w ogóle możliwe?

Doskonałość nie istnieje, ale można próbować być dobrym, jeszcze lepszym i najlepszym. Taki trener ma przede wszystkim zdolności przywódcze.

Urodzony przywódca. Czy jest szansa aby się tego nauczyć?

Aby stać się przywódcą, trzeba wykonać katorżniczą pracę nad samym sobą. Zaczyna się od poznania samego siebie, sumy swoich obaw, lęków, niepewności, pychy i zbaczania z kursu. Mozolna praca, którą ja odbywałem z psychologiem. Uczyłem się siebie, wiedząc, że każdy szczegół jest istotny. Dostałem mnóstwo książek, dzięki którym zacząłem bardziej rozumieć moją pracę. Przywódcą jest się w środku, w sercu i w głowie. To w nas drzemie i wystarczy tylko obudzić. Pewnie, zdarza się, że chociaż byśmy stawali na głowie, to i tak nie staniemy się liderami. To granica wyznaczona przez predyspozycje, wewnętrzną siłę, charyzmę i motywację. Przywódca to taki ktoś, kto podlewa drzewo. Ono rośnie, rozwija się.

Niezłomny facet o twardych regułach?

Jako trener stosuję jasne zasady. Reguły pewnie dla wielu mogą być twarde, ale absolutnie nie akceptuję dekoncentracji podczas pracy. Na moich treningach nie ma śmiechów, rozpraszających rozmów. Jest praca, którą w danej chwili mamy wykonać. Jeśli chcesz wygrywać, musisz ciężko trenować.

Są łzy gdy przegrywacie? Emocje biorą górę?

Nie płaczę. Nigdy dla siatkówki.

Jak to, podobno siatkówka to cały Twój świat?

To niezupełnie prawda. Już tłumaczę. Gdy przegrywam, zdarza się, że jestem wściekły. To chwile, w których jestem niebezpieczny i nieprzewidywalny, tak określili to ludzie będący blisko mnie.

Czyli kwintesencja gorącego, porywczego włoskiego temperamentu?

Tak. Rozumiem, że przeciwnik może okazać się lepszy, to jest właśnie idea sportu, natomiast zawsze chcę widzieć, że moi podopieczni walczą. Wygrana, przegrana, tak w życiu jest, a różnica tkwi w podejściu. Czy walczysz, czy odpuszczasz, czy jesteś częścią zespołu – to jest dla mnie istota sprawy.

Ty jesteś wojownikiem?

O mój Boże, jestem! Czasem muszę kontrolować siebie!

Fighter i siatkówka? Czemu nie trafiłeś do ringu? Boks Cię nie zainteresował?

Kocham tenis, kocham piłkę nożną, kibicuję Juventusowi i Realowi, uwielbiam NBA, ale boks nigdy mnie nie interesował. Cały czas staram się uprawiać sport. Raz, aby trzymać formę, dwa - to dla mnie idealna możliwość relaksu. Bywam na siłowni, ale głównie tenis, odpręża mnie, gram całkiem nieźle. Dbam o siebie, trzymam dietę i staram się, aby moja sprawność nie spadała. Chcąc być przywódcą, muszę równie dużo wymagać od siebie. Jeśli ja odpuszczę, to jak miałbym zmotywować zespół?

Konserwatywny na zgrupowaniach czy inicjujesz dla polepszenia integracji hulanki i swawole w przerwie między treningami?

Zawodowcy nie mogą pozwolić sobie na takie odstępstwa. Czas, który jest do wykorzystania na zgrupowaniu czy treningach pożytkujemy do maksimum. Traktujemy to co robimy poważnie, więc „wino, kobiety i śpiew” jedynie w chwilach odpoczynku po sezonie. Jak na sportowych chłopaków przystało!

A propos chłopaków…. Twoi synowie poszli również siatkarską ścieżką?

Giulio był siatkarzem, ale po ukończeniu studiów na Uniwersytecie skupił się wyłącznie na pracy zawodowej. Cała nasza rodzina jest silna i aktywna. Żona uwielbia pływanie, realizuje się w wielu dyscyplinach. Drugi z synów grał w piłkę, ale tu również praca spowodowała, że nie zajął się tym zawodowo.

Ponoć bez pamięci zakochałeś się w polskim morzu?

Kocham Trójmiasto, świetnie się tu czuję. Bałtyk jest niesamowity. Przychodzę tu często (Zatoka Sztuki w Sopocie – przyp.red) i nie ma nic przyjemniejszego niż mój ulubiony napój i danie serwowane z widokiem na morze. Obraz, w którym jest magia.

Znalazłeś w życiu równowagę?

Tak, czuję, że ją mam. Kocham życie. Dla mnie jest to moment, że wszystko w życiu jest czyste. Jestem w takim punkcie zawodowo, że mogę swobodnie podejmować decyzje, które są dobre dla mnie i mojej rodziny. Gdańsk jest wygodny dla mojej żony, wylatuje bezpośrednio z Bergamo i po chwili jesteśmy razem.

Czyli związek, w którym nie ma czasu na nudę i zwady?

Na pewno. Taka relacja powoduje, że przez odległość jesteśmy siebie bardzo spragnieni. Nasz wspólny czas nie pozwala nam na bezsensowne kłótnie. Nie ma wyimaginowanych problemów, bo jest nasze tu i teraz, z którego korzystamy. Żona to moja miłość, a Włoch jeśli prawdziwie kocha, to na zabój! Obydwoje uwielbiamy lato w Polsce i to jest dla nas bardzo dobry czas. Jestem szczęściarzem bo mam pewność, że żona zawsze szanuje moje decyzje, pozwalając mi wybierać to, co jest dobre. To właśnie jest piękne oblicze miłości, kiedy jest wzajemne zrozumienie, poszanowanie i wielka przyjaźń.

A propos decyzji i tego co dla Ciebie dobre. W Lotosie Trefl wyzwanie już zrealizowałeś? Misja zakończona?

Jeszcze nie. Jestem w trakcie. Jako emocjonalny trener mam ogromne więzi z zespołem, który prowadzę. Mamy wspólnie jeszcze sporo do zrobienia. Szczęśliwie klub ma za sobą wiele problemów, które były związane z finansami. Pozycja jest bardzo dobra i moim zdaniem stabilna. To czas, kiedy będziemy wspinali się na szczyt.

Nigdy nie miewasz dość? Maszyna do trenowania?

Był taki moment, kiedy musiałem odpocząć, nabrać dystansu do tego co robię. Spędzić czas sam ze sobą, aby wiedzieć, gdzie dalej zmierzam. Zadać sobie trudne pytania.

W szczycie trenerskiej kariery? Nie bałeś się, że po prostu wypadniesz z gry?

Nie, znam swoją wartość, ale szanuję też siebie. Doprowadzając do wypalenia, stałbym się bezużyteczny. Odpuściłem, zacząłem cieszyć się życiem. Pielęgnować ogród, grać w tenisa. Miesiąc spędziłem u rodziny na Sardynii, gdzie rozkoszowałem się słońcem. Plaża, przyjaciele, totalny relaks. Nagle poczułem, że czegoś mi brakuje. Zacząłem planować, oglądać turnieje, treningi. Pojawiła się propozycja z Hiszpanii. Żona zapytała mnie co chcę robić, czy ten Madryt jest spełnieniem moich oczekiwań. Dobry zespół, bardzo dobry kontrakt. Ale jak pokazało życie, nie miało to być wyzwanie na miarę moich oczekiwań.

Swoje miejsce odnalazłeś w Polsce. Polska zawsze była Tobie przychylna, czy zdarzały się sytuacje, kiedy zaczynałeś się bać?

Od początku zakochałem się w Polsce. Ta osławiona polska specyfika i mentalność, to wcale nie żadna zła czarownica. Każdy kraj jest inny i trzeba zdawać sobie sprawę, że to my trafiamy w sam środek innej kultury, tradycji i historii. Po co próbować ją rewolucjonizować i na siłę pod siebie zmieniać. Blaski i cienie również trzeba akceptować, tak już w życiu jest.

Polacy nie są dla Ciebie zbyt powściągliwi?

Wydaje mi się, że to, co przypisuje się polskiej mentalności, to wynik historii tego kraju. Stale pod zaborami, stale atakowana. Mam wrażenie, że młode pokolenie jest już inne. Młodzi ludzie są bardzo otwarci na świat, tolerancyjni. Starsze, mimo otwartych granic, dźwiga brzemię historii. Polska jest dla Włochów, dla świata ważnym, wyjątkowym, katolickim krajem. 

Jesteś rozpoznawalną osobą? Fani siatkówki zaczepiają cię na ulicy?

Histerii nie ma, celebrytą nie jestem (śmiech).

Podobno jesteś jednym z lepiej ubranych szkoleniowców w polskim sporcie. Porównują cię do Adama Nawałki, trenera piłkarzy. Zawsze elegancki? Jest jakiś dress code przy linii siatkarskiego boiska?

Pewnie, że lubię się dobrze ubrać, to takie włoskie (śmiech). Nie przesadzam chyba i trzymam się dobrego stylu ze smakiem. Garnitur i krawat tak, ale równie często zobaczysz mnie jak teraz, w bluzie Abercrombie i wygodnych sportowych butach. Podczas meczów nie mam obowiązku stać w garniturze. Emocje, bieganina, to wszystko co się dzieje podczas spotkania powodują, że jedynie strój sportowy się sprawdza. Zapięty na ostatni guzik z ciasno zawiązanym krawatem pod szyją - umarłbym chyba! 

Mówiliśmy o włoskim jedzeniu, to teraz o włoskiej motoryzacji. Alfa Romeo, Lancia czy Ferrari?

Oczywiście, że Ferrari! Za Alfą nie przepadam, podobnie za Lancią.

Przecież to klasyka!

Wyłamałem się i pokochałem też niemieckie auta. BMW, Mini, Audi idealne dla mnie.

Nigdy Fiatem? Np. Cinquecento?

Kocham Cinquecento! Nowa generacja to bardzo dobre samochody. Jeździłem modelem 500X, to taki wygodny mały SUV. Ja się genialnie czuję w tym samochodzie. Marzyła mi się sportowa wersja Abarth. To absolutny top. Szybki i zwrotny. Koniecznie czarny! Obecnie do dyspozycji mam dużego i wygodnego Jeepa.

Mówią o Tobie - mistrz marketingu sportowego i geniusz w social media. Autopromocja i wyczucie pomagają?

Marketing sportowy jest interesujący. W obecnej chwili w klubie szalenie istotny. Korzystam z Twittera, Instagrama, jestem na Facebooku – lubię być dostępny i chcę w ten sposób być bliżej ludzi. Nie unikam technologii, uważam że jest szalenie przydatna. Świat dzięki niej jest bliżej nas, praktycznie na wyciągnięcie ręki. Jeśli zatem pytasz czy boję się smartfona, odpowiedź brzmi – nie! Żona często narzeka i mówi: zostaw ten telefon!

Dzień bez selfie dniem straconym?

Zrobimy wspólne na zakończenie rozmowy! (śmiech)