Krzysztof Sabisz - 
 w drodze po koronę ziemi

Chce zrobić wszystko, aby nie musiał żałować, że zabrakło mu czasu na czerpanie radości z życia. A radość dają mu góry. Gdynian, Krzysztof Sabisz zamiast jeździć po opaleniznę na Karaiby, woli przywozić odmrożenia z gór wysokich. Ale taka jest cena marzeń, za którymi się podąża. W przypadku Krzysztofa te marzenia to Korona Ziemi, najwyższe szczyty wszystkich kontynentów. Do zdobycia zostały dwa szczyty. Najtrudniejsze - Mount Everest w Himalajach i Masyw Vinsona na Antarktydzie.

Pamiętasz swoje początki w górach wysokich? 

Wiąże się z tym zabawna historia. Miałem z kolegą lecieć do Wietnamu i Kambodży. To miała być prawdziwa męska wyprawa. Kilka dni przed wyjazdem zadzwoniła do niego koleżanka z Australii, z którą od dawna planował wejść na Kilimandżaro (5.895 m n.p.m.). Powiedziała, że nadarzyła się okazja i kolega nagle zmienił plany. Bez większego zastanowienia, czy sobie poradzę, padło pytanie z moich ust: „A mogę z wami?“ I tak pojechałem na Kilimandżaro. To była w ogóle pierwsza góra w moim życiu, nie byłem wcześniej nawet na Giewoncie. I nagle jadę na Kilimandżaro. Niby łatwa góra, ale bardzo komercyjna, każdy wspinacz traktowany jest tam jak żywy dolar. Liczy się tylko, aby człowiek szybko wszedł i zszedł. 

Jednak udało się zdobyć Kilimandżaro. 

Ale to był totalny szok dla organizmu. Ja w ogóle nie miałem pojęcia o niczym. Nie wiedziałem, że organizm się tak szybko nie zaaklimatyzuje na dużej wysokości. Na wysokości 5 tysięcy, podczas ataku szczytowego dopadła mnie choroba wysokościowa. Mojego kolegę również, tylko na zejściu. Doszło do wymiotów, plucia żółcią, krwawienia z nosa. Góry szybko uczą pokory. Cieszę się, że stało się to właśnie w tamtym miejscu. Z czasem nauczyłem się wszystkiego. 

Dzisiaj jesteś już bliżej niż dalej realizacji swojego celu, czyli zdobycia Korony Ziemi. 

Tak, zostały mi dwa szczyty do zdobycia - Mount Everest i Masyw Vinsona na Antarktydzie, który spróbuję zdobyć już w grudniu. Udało mi się znaleźć sponsora, który w 50. procentach pokrywa koszty wyprawy na Masyw Vinsona - jest to firma Welmax z Poznania. Wszyscy kojarzymy, że na Antarktydzie jest lód, jest zimno, atakują arktyczne mrozy, mało kto ma świadomość, że tam są góry. To Góry Ellswortha, w których wznosi się Masyw Vinsona 4892 m n.p.m., który odkryto i zdobyto najpóźniej ze wszystkich szczytów Korony Ziemi. Antarktyda to najzimniejszy, najbardziej wietrzny i, co może dziwić, najsuchszy kontynent na Ziemi. Roczne opady sięgają zaledwie 10 mm, ale w niektórych miejscach deszcz nie padał od 2 milionów lat. Warto wiedzieć, że na Antarktydzie znajduje sie 90% ziemskiego lodu. Gdyby lód ten stopniał, poziom oceanów na świecie wzrósłby o 61 metrów. Z gór odwiedzanych przez kolekcjonerów Korony Ziemi,  Góry Ellswortha jako jedyne zachowały się w stanie niemal pierwotnym. 

Jak wyglądają wspinaczkowe realia na najbardziej niegościnnym kontynencie na Ziemi?

Masyw Vinsona nie jest zbyt wysoki, ma niecałe 5 tys. metrów (4892 m n.p.m.). W Góry Ellswortha wspinacze dostają się z chilijskiego Punta Arenas na pokładzie rosyjskiego Iła-76, należącego do prywatnej amerykańskiej agencji turystycznej Antarctic Logistics & Expeditions. Ciężka maszyna transportowa ląduje na lodowcu Union, skąd wspinacze zabierani są mniejszymi samolotami, zaopatrzonymi w płozy na odległy o 200 km lodowiec Branscomb leżący u podnóża Masywu Vinsona. Atak szczytowy rozpoczyna się na wysokości 3700 m n.p.m. i trwa 7-10 godzin. Nie trzeba się martwić zapadającym zmrokiem. W czasie antarktycznego lata przez cała dobę trwa dzień polarny. Martwić się za to trzeba temperaturą. W okresie letnim termometry wskazują od minus 30 do minus 50 stopni. Śmiesznie to brzmi, okres letni i – 50, ale w okresie zimowym jest jeszcze zimniej, rekordowa zanotowana temperatura to minus 89 stopni. Tutaj wszystko się może zdarzyć. To jest kwestia pogody. 

Ty doświadczyłeś kaprysów pogody na Denali na Alasce. 

Tak, przeżyłem nagłe załamanie pogody. Utknęliśmy w obozie na tydzień. Szybko zaczęło nam się kurczyć jedzenie, a z czasem zupełnie się skończyło. Ratowałem się... żelkami haribo. Uratowali nas schodzący ze szczytu Rosjanie, którzy podzielili się z nami jedzeniem. My im z kolei daliśmy naszą nadwyżkę gazu. 

Żelki haribo? Czy to normalne, że w góry wysokie bierze się żelki ze sobą? Mają one jakieś cudowne właściwości czy po prostu przypadek? 

Nie ma tu jakiejś większej filozofii. Na pewnej wysokości wszystko zamarza. Żelki nie zamarzają i mimo, że nie mają wartości energetycznych, to się sprawdzają. Ratowałem się nimi, bo tylko je miałem. Zawsze biorę ze sobą jakieś słodycze. Biorę też żele i batony energetyczne. Żel nie waży dużo, nawet kiedy zamarza, to jest taki sorbecik. Podstawą w górach jest jednak żywność liofilizowana, zalewasz wrzątkiem i masz pysznego schabowego z proszku, bez utraty większych wartości odżywczych. Dodatkowo takim super deserem są kisiele, gorący kubek. Często też chowam głęboko do plecaka jeden baton energetyczny i zjadam go dopiero na szczycie, jako nagroda za trud i wysiłek. 

Jak wygląda taki typowy dzień, kiedy czekasz w obozie na okno pogodowe? 

Wszystko zależy od tego, czy ekspedycja jest duża, czy skromna. Od tego, w którym jesteśmy obozie. Są obozy, w których kwitnie życie towarzyskie, różne ekspedycje się spotykają, wymieniają doświadczeniami. Są też ekspedycje partnerskie, nie organizowane przez agencje, tylko sam je sobie organizujesz, żeby zminimalizować koszty. Każdy śpi w swoim namiocie, przeważnie po dwie osoby. Rano z rozpuszczonego śniegu gotuje się wodę na herbatę. W górach trzeba pić w granicach 5-6 litrów dziennie. Żeby zaparzyć taką ilość wody, musimy poświęcić na to min. 3 godziny na dużej wysokości. Czas zabijamy słuchając muzyki, czytamy książki, czasami dwa, trzy razy tą samą, bo innej nie ma. Gramy w karty, rozmawiamy, wychodzimy w góry na podejścia aklimatyzacyjne. 

Zadam pytanie naturalnie się nasuwające. Minus 30 stopni, wiatr niemalże huraganowy, strach wystawić nos z namiotu. A człowiek potrzeby fizjologiczne przecież załatwiać musi. Jak sobie z tym radzicie? 

Każdy już do tego przywykł. Załatwiamy się do butelki, worka lub wiaderka, w zależności w jakich górach jesteśmy. Problem pojawia się, kiedy w namiocie jest kobieta. Wtedy trzeba pogodzić zasady dobrego wychowania z ograniczeniami technicznymi jakie panują w tak ekstremalnych warunkach. Dla kobiet jest specjalistyczny lejek, z którym dziewczyna kuca i załatwia się do butelki. Potem tylko szybko wystawia się rękę z namiotu i pozbywa zawartości. Zapachy są jakie są. Można się przyzwyczaić. 

Która z twoich wypraw była najtrudniejsza? 

Każda jest na swój sposób trudna i przede wszystkim wycieńczająca. Z każdej wyprawy wracam lżejszy, czasami nawet o 12-13 kg. Spalam około 6 tys. kalorii dziennie. Organizm się nie regeneruje, nie dostarcza wystarczającej ilości tlenu. Metabolizm jest bardzo ograniczony i tracimy energię, której nie odzyskujemy, co powoduje szybsze zmęczenie. Dla porównania, gdy przebiegłem swój pierwszy maraton, to spaliłem 4200 kalorii. A tutaj jest 6 tys. kalorii i na drugi dzień nie mam wolnego. Cały czas trzeba podążać, albo do góry, albo na dół. W pewnym momencie organizm się wyłącza, a w głowie jest cel, za którym się podąża. Najtrudniejsze wyprawy to Denali na Alasce, o której opowiadałem przed chwilą oraz Aconcagua w Argentynie, najwyższy szczyt Andów. 

Dlaczego Denali i Aconcagua? 

Atak szczytowy na Denali trwał 15 godzin i był wyczerpujący. Ale niebezpieczną sytuację miałem podczas schodzenia. Zawiodły moje raki i zacząłem zjeżdżać po stromiźnie, ciągnąc jednocześnie w dół partnera, z którym się wspinałem. Paweł na szczęście zareagował wzorowo, wbił czekan i udało nam się wyhamować. Ale gdybyśmy wcześniej nie przepięli liny przez stanowisko asekuracyjne, to nie wiem jakby się to skończyło. Na szczęście, w prowizorycznie naprawionych rakach udało mi się, z pomocą Pawła bezpiecznie zejść do bazy. Z kolei Aconcagua to bliskie zetknięcie ze śmiercią. Po zdobyciu szczytu jeden z uczestników wyprawy, doświadczony himalaista, zasłabł i zmarł. Widziałem jak umieszczali ciało na noszach i je znosili. Paradoksem jest, że on mógł umrzeć z radości. Na szczycie jest taka euforia, że organizm tak samo się zachowuje jak przy zawale serca. 

Śmierć to nieodłączny towarzysz wspinaczki. Czujesz ją za plecami? 

Staram się wyłączyć takie myślenie. Ale każdy, kto wspina się w górach, szczególnie wysokich, prędzej czy później zetknie się ze śmiercią. Ja doświadczyłem tego również podczas próby zdobycia Elbrusu (5642m n.p.m.). To najwyższa góra Kaukazu, położona na granicy Rosji i Gruzji. Niedawno zaginęło na tej górze trzech Polaków. W Polsce było o tym głośno, szeroko zakrojona akcja poszukiwawcza zakończyła się znalezieniem ciał. W tym samym czasie na Elbrusie byłem ja z dwoma partnerami. Nie było z nami kontaktu, zawiódł zasięg komórkowy i internetowy. Nasi bliscy i przyjaciele w Polsce bali się, że akcja poszukiwawcza dotyczy nas. Nam się jednak udało bezpiecznie zejść do bazy, chociaż warunki nas nie rozpieszczały. 

Mówimy o tej śmierci w górach, a przed tobą Mount Everest. Tam wspina się trasami, które usłane są zamarzniętymi ciałami tych, którym się nie udało. Jesteś na to gotowy? 

Wiadomo, że to przeraża. Tylko głupiec się nie boi. Większość wypadków śmiertelnych w górach zdarza się przy zejściu, ponieważ organizm jest wyczerpany i nie potrafimy myśleć racjonalnie i szybko, pojawia się choroba wysokościowa. Szczyt to dopiero połowa sukcesu. Kluczem jest umiejętność oceny ryzyka i zdrowy rozsądek. Jeżeli prowadzący Szerpa powie, że jest źle, jest choroba wysokościowa, nie nadaję się, mimo, że są to ogromne koszty, to zejdę. Góra nie zając, nie ucieknie, może tam kiedyś wrócę. Dzisiaj jeszcze nie myślę o Evereście, bo to dopiero w kwietniu 2018 roku. Data nie jest przypadkowa bo będzie to 40 rocznica jak Karol Wojtyła został papieżem, czterdziestolecie pierwszego wejścia na Everest pierwszej Polki Wandy Rutkiewicz, a także ja będę obchodził moje 40 urodziny. 

Himalaista Adam Bielecki, niedawno w jednym z wywiadów powiedział takie słowa: „Na wyprawach nie ma zapachów, nie ma kolorów, wszystko jest monochromatyczne, czarne i białe. Nie ma dzięków, słychać tylko wiatr”. Też tak to odbierasz? Czy jednak do ciebie dociera coś więcej ? 

Po kilku dniach jest fajnie, bo zaczynamy od pagórków, jest zieleń, widzimy roślinność, widzimy zwierzęta, przyrodę, która nas otacza. Im wchodzimy wyżej, coraz bardziej nam tego brakuje. Po kilkunastu dniach zaczyna się mocne zmęczenie. Obojętnie kto to by nie był, czy to będzie twój najlepszy kolega z którym jesteś w namiocie, to po 2-3 tygodniach potrzebujesz chwili dla siebie. Wychodzisz z namiotu, bo musisz się przejść, usiąść z boku. Wszystko jest faktycznie, albo czarne, albo białe. Często dopada cię zwątpienie, chęć rezygnacji, mimo że jest blisko do szczytu. Człowiek zaczyna zadawać sobie pytania - po co ja tu jestem? Po co mi to wszystko? Mógłbym pojechać gdzieś na Karaiby, gdzie jest piasek i słońce, wydać mniej pieniędzy i przywieźć opaleniznę zamiast odmrożeń. 

Skoro poruszyłeś ten temat, przytoczę słowa twojego partnera z Denali. Paweł Rochowicz, dziennikarz Rzeczpospolitej pisał - na wysokości 6 kilometrów nad poziomem morza organizm reaguje bólem głowy, biegunką, wymiotami i ogólnym osłabieniem. Zdarzają się halucynacje. Zmęczony, niedotleniony, żywiony syntetycznym jedzeniem, zastanawiam się: po co ja to robię? 

Człowiek zawsze szuka granic. Kiedyś ludzie pragnęli zbadać kosmos, dotrzeć na Księżyc. Szukają nowych planet. Ja zdobywam szczyty. Daje mi to sporą ilość potrzebnej mi adrenaliny. Wspinam się tylko dla siebie, dla relacji międzyludzkich, które się nawiązuje podczas wypraw. To są trwałe, szczere i bezinteresowne relacje. Ale też robię to dla niesamowitej satysfakcji, gdy przełamujesz swoją słabość, pokonujesz kolejne bariery, te fizyczne i te mentalne. To później procentuje w życiu codziennym. Tam, w wysokich górach, doceniamy to czego byśmy nie docenili na "lądzie". Cieszy nas ciepłe łóżko, kubek gorącej herbaty, uśmiech, zwykłe pozdrowienie, po prostu proste rzeczy. Uświadamiam sobie, że człowiek na co dzień martwi się drobnostkami. Jak ktoś wraca z gór, to docenia życie po wielokroć. Tym bardziej, że często jest tak, że w życiu trzeba coś stracić, aby to docenić. A potem można to odzyskać. 

Co ty straciłeś? 

Na pewno był czas, kiedy w życiu trochę błądziłem. Na pewno też straciłem zdrowie. Zawsze jest jakaś pogoń, za pracą, za pieniędzmi, za sukcesem. Człowiek zapomina o tym co najważniejsze. W tym roku pochowałem dwóch kolegów, obydwaj młodzi i fantastyczni ludzie. Nie wydaje mi się, żeby mój rocznik dożył do 70-tki. Chcę zrobić wszystko, abym nie musiał żałować, że zabrakło mi czasu na czerpanie radości z życia. A radość dają mi góry. I coś jeszcze. Od dawna mam problem z małą ilością płytek krwi. Wyprawy w wysokie góry ten poziom płytek krwi podnoszą, organizm pozytywnie reaguje. Gęstość powietrza, która jest w górach doskonale sprzyja organizmowi. 

Zrobiło się poważnie i trochę strasznie. Są góry, które wspominasz nie tylko przez pryzmat drogi na szczyt i obozowego życia? 

Oczywiście, z niektórymi wiażą się nawet dość zabawne historie. Wracałem z Południowej Gwinei z Piramidy Castensza i w wiosce na dole postanowiłem wysuszyć sobie buty. Niestety, tubylcy mi je ukradli. Nie wiem po co, ja mam prawie dwa metry wzrostu, a oni średnio mierzą 1.60 m i nie wiedzą nawet co to są majtki, a co dopiero buty. Nie miałem butów na zmianę, bo cały bagaż miałem w depozycie na Bali. Udałem się do pobliskiego meczetu i tam kupiłem prowizoryczne japonki za symboliczną złotówkę. Ale największy rozmiar jaki mieli to 43, jakieś 3-4 numery za małe. Ale miałem buty! Stamtąd jechałem od razu do Australii na Górę Kościuszki (2228 m n.p.m.), gdzie chciałem kupić buty do wspinaczki. Ale nie udało mi się, nie było akurat sezonu, nie było mojego rozmiaru, itd. Założyłem więc zwykłe adidasy, które miałem w plecaku i po prostu sobie wbiegłem na Górę Kościuszki. 

Zabierasz na wyprawy jakieś przedmioty wyjątkowe dla ciebie? Jakieś amulety? 

Zawsze zabieram ze sobą flagę Polski z herbem Gdyni oraz flagę Arki Gdynia, klubu, któremu kibicuję. Jeśli uda mi się zdobyć Koronę Ziemi to podaruję zdjęcia oraz flagi władzom klubu i władzom miasta jako dowód, że Gdynia i Arka były wszędzie i niemożliwe nie istnieje. W wyprawach towarzyszy mi też książka Jerzego Kukuczki „Mój Pionowy Świat”. Przeczytałem ją już wielokrotnie, za każdym razem z wypiekami na twarzy i wiem, że drugiego takiego człowieka jak nasz Jurek Kukuczka nie będzie.