Aneta Mądry - Prawniczka z otwartym sercem

Okładka, wywiad i sesja zdjęciowa z magazynie Prestiż to, tradycyjnie już, jedna z niespodzianek, jaką wylicytować można podczas aukcji charytatywnej na rzecz podopiecznych Fundacji Między Niebem a Ziemią. Fundacja opiekuje się dziećmi śmiertelnie i nieuleczalnie chorymi, a swoje działania kieruje przede wszystkim do środowiska prawniczego. Tym razem bohaterką wrześniowego wydania Prestiżu jest Aneta Mądry, prawniczka, ale przede wszystkim mama i żona. To mąż Dariusz, ceniony trójmiejski prawnik chciał, by żona przeżyła fajną przygodę. My zaś Anecie Mądry zrobiliśmy dodatkową niespodziankę - namówiliśmy, aby zdjęcie okładkowe namalowała znakomita trójmiejska malarka Anna Bocek.  

Piękne zdjęcia…

Ta sesja była dla mnie bardzo stresująca, bo wcześniej nie wyobrażałam sobie siebie w takiej roli. Jednocześnie byłam bardzo ciekawa, jak wygląda taka praca od tzw. kuchni. Wszystko zaczęło się od zabiegów w hotelu Mera Spa w Sopocie, a potem ganialiśmy po całym budynku, szukając najlepszych ujęć. Atmosfera była naprawdę świetna, choć wzbudzaliśmy nie lada sensację wśród gości (śmiech).    

W roli modelki sprawdziłaś się doskonale. Na obecną chwilę jest ci chyba jednak najbliższa rola mamy. 

Z wykształcenia jestem prawnikiem, skończyłam również studia podyplomowe z zarządzania oraz doradztwa podatkowego, jednak obecnie nie pracuję w zawodzie. Wychowuję dwóch synów - 6-letniego Maćka i 4-letniego Radka. To właśnie daje mi teraz największą satysfakcję. Tak umówiliśmy się z mężem i jest nam z tym dobrze.   

Chyba nie było ci łatwo zrezygnować z aktywności zawodowej? 

Pochodzę z rodziny, w której bardzo ceni się tradycyjne wartości, a ja sama mam czworo rodzeństwa. Dobrze jest mieć tak dużą rodzinę. Dla mnie to było w zasadzie oczywiste, że jeśli będę miała dzieci, to zostanę z nimi w domu. Z własnego dzieciństwa pamiętam, jak moja mama do końca liceum wstawała wcześnie rano i robiła mi kanapki do szkoły. Niezwykle ważne było  również to, że gdy wracałam do domu, mama czekała na mnie z obiadem i zawsze mogłam z nią porozmawiać o wszystkim. Nie wyobrażam sobie, by moje dzieci spędzały większość dnia z kimś zupełnie obcym. Chcę, żeby synowie zostali wychowani przez nas i aby były wpojone im dobre wartości i nasz kręgosłup moralny. Chcę oddać chłopcom chociaż odrobinę tego dobra, które dostałam od mojej mamy.  

Czy to nie jest takie hmmm… niedzisiejsze? 

Może, a właściwie na pewno jest. Dużo moich koleżanek nie ma jeszcze dzieci, ale tak naprawdę nie dziwi mnie to, że kobiety stawiają na swój rozwój intelektualny i zawodowy. Nie chcą wyłącznie “siedzieć w garach i niańczyć dzieci” (śmiech). W moim przypadku była to kwestia świadomego wyboru tego, co jest najlepsze dla naszej rodziny. Z dziećmi chcę zostać do momentu, kiedy młodszy syn pójdzie do szkoły. Potem albo wrócę do pracy albo zajmę się czymś zupełnie innym. Nie wiem jeszcze, czy chcę pracować w zawodzie, nie jestem przekonana, że to coś dla mnie. Przynajmniej na ten moment.   

Co gra w twojej duszy na co dzień? 

Największą pasją są oczywiście moje dzieci. Tak, wiem, to brzmi banalnie. Jednak, gdy tylko pojawiły się na świecie, to nagle zaczęłam zauważać zupełnie inne aspekty życia. I tak np. pojawiły się  takie problemy, jak to, czym karmić dziecko, czy gotować w domu, czy może zrobić zapas gotowych obiadków ze słoiczka, czy szczepić, czy nie, czy używać pasty z fluorem, czy też bez, czy stawiać do kąta, czy na „karnego jeżyka”… Przeczytałam z tuzin książek na temat wychowywania dzieci i ich rozwoju psychiczno - fizycznego. Od tego też zaczęła się moja przygoda kulinarna polegająca na przygotowywaniu posiłków z produktów ekologicznych lub pozbawionych tak powszechnie stosowanej w przemyśle spożywczym szkodliwej chemii. Z dużym zaangażowaniem wciągnęłam się w ten temat choć gotowania nie znoszę (śmiech). Moje dzieci nie wiedzą co to fast food. Odwiedzamy za to wspólnie bazary ze zdrową, swojską żywnością, gdzie kupujemy niepryskane pestycydami owoce i warzywa oraz zdrowe mięso. Wiem, że teraz jest moda na żywność ekologiczną, i że jest to kolejny dobrze zarabiający przemysł. Natomiast ja widzę efekty ograniczania chemii w naszym otoczeniu. Żyć świadomie to jest moje motto i cieszyć się tym życiem.  

Jakie jeszcze masz pasje?

Uwielbiam jeździć na rowerze, od zawsze to kochałam, a w ubiegłym roku kupiłam przyczepkę rowerową. Teraz wrzucam do niej chłopaków i jadę z nimi na wycieczkę - na plażę, czy na plac zabaw. Tak spędzamy większość wakacji. Lubię też jeździć na rolkach. Mam też jeszcze jedną ogromną pasję - makijaż. Sama nie zdawałam sobie sprawy, jak wielka jest to sztuka. Mam taki swój sekret. Kiedy w piątek wieczorem mąż tradycyjnie jedzie realizować swoją pasję, a dzieci są już w łóżkach, ja wyciągam kosmetyki, siadam przed lustrem i robię sobie ekstremalny makijaż. To takie ujście dla mojego zamiłowania artystycznego, które pozostało we mnie jeszcze z dawnych czasów. Maluję sobie piękne rzeczy na twarzy, potem biorę książkę albo oglądam film i po prostu odpoczywam. To taki czas tylko dla mnie. Potem wszystko zmywam i idę spać. Na co dzień lubię delikatny makijaż, podkreślający urodę.   Każdy potrzebuje czegoś tylko dla siebie, choć raz na jakiś czas. Taki był też zamysł tej sesji zdjęciowej. 

Jak to się stało, ze twój mąż postanowił zrobić ci taką niespodziankę?

Pewnego dnia wrócił z pracy i oświadczył, że ma zaproszenie na aukcję charytatywną fundacji Między Niebem a Ziemią w Dworze Oliwskim. Pomyślałam sobie, że to świetna okazja na to, by pomóc dzieciom, a jednocześnie „wystroić się”, pomalować i po prostu wyjść z domu. To było dwa lata temu, chłopcy byli jeszcze mniejsi, więc rzadko zdarzały nam się takie wyjścia. Tam poznałam Sylwię Zarzycką (radca prawny, prezes fundacji Między Niebem a Ziemią - przyp. red.) i bardzo spodobał mi się sposób, w jaki prowadzi fundację. Mój mąż poznał Sylwię trochę  wcześniej i zaangażował się w działania charytatywne pomagając w organizacji aukcji. Już dwa lata temu walczył dla mnie o okładkę w magazynie Prestiż, ale się nie udało. W ubiegłym roku nie dał już za wygraną. Bardzo zależało mu też na tym, bym przeżyła coś zupełnie nowego, dla mnie wręcz abstrakcyjnego (śmiech) i spędziła dzień w sposób absolutnie szczególny.   

Działania fundacji są wam bliskie też na co dzień. Chyba jednak trudno jest zmierzyć się z ludzką krzywdą?

Podczas każdego spotkania związanego z działaniami fundacji Sylwia wyświetla nam film, obrazujący sytuację śmiertelnie chorych dzieci i ich rodzin. Jest to jednocześnie takie sprawozdanie, które ukazuje na co przeznaczone zostały przekazane przez nas pieniądze i komu tak naprawdę pomogliśmy. Nie sposób się wówczas nie wzruszyć. Podoba mi się taka forma działania, bo nie ma w tym anonimowości. Jestem osobą dość odporną i silną psychicznie, ale gdy ma się dzieci, patrzy się na ludzką krzywdę absolutnie z innej perspektywy. Gdy widziałam podopiecznych Fundacji, w duchu cieszyłam się, jak wielkie mam szczęście, że moi synowie są zdrowi. Ja się wzruszę, podzielę się pieniędzmi, a te rodziny na co dzień przeżywają trudne chwile. Mimo wszystko potrafią się uśmiechać i doceniać drobne radości. To, że ja zostałam z chłopakami w domu, to tak naprawdę przyjemność, ale to ci ludzie tak naprawdę poświęcają się dla swoich dzieci. Nie oddali ich do żadnych ośrodków, tylko sami stawiają czoła wyzwaniom. Najczęściej są to samotne matki, w bardzo trudnej sytuacji materialnej.   

Oddajesz krew, należysz do bazy Dawców Komórek Macierzystych. Pomaganie innym jest więc dla ciebie czymś normalnym, nie tylko od święta.   

Na stronie Fundacji znajdziemy słowa Alberta Einsteina: Tylko życie poświęcone innym warte jest przeżycia. Chyba tak rzeczywiście jest, bo jeżeli żylibyśmy tylko dla siebie, to ten nasz świat szybko by się skończył. Oboje z mężem bierzemy udział w aukcjach charytatywnych i dzielimy się pieniędzmi. W październiku odbędzie się kolejna aukcja fundacji Między Niebem a Ziemią, a kancelaria mojego męża chce też zaprosić jak najwięcej gości, aby udało nam się zebrać jak najwięcej środków. Pomagać może jednak każdy. Jest mnóstwo organizacji, do których możemy się zapisać lub zostać woluntariuszami, jak chociażby Fundacja DKMS - Dawców Komórek Macierzystych. Tak możemy podzielić się cząstką siebie, szczególnie, że nigdy nie wiemy, czy kiedyś sami tej pomocy nie będziemy potrzebować. Co godzinę bowiem ktoś w Polsce dowiaduje się, że ma białaczkę. To choroba, która dotyczy każdego wieku. Krew za to, to lek, którego nie da się spreparować, a szczególnie brakuje jej w wakacje. Oddaję krew, należę do DKMS. To rzeczy, które robię w ramach mojej potrzeby pomagania innym. Obecnie w bazie zarejestrowanych jest ponad 700 potencjalnych dawców, ale myślę, że powinno być nas znacznie więcej.