Gdzieś pomiędzy drewnianym pojazdem napędzanym siłą kończyn Freda Flinstone’a, a seryjną produkcją Hondy, Yamahy, Kawasaki i Ducati, niczym znużony sztampą artysta malarz, zasnął indywidualizm motokultury. Pomiędzy pierwszym spalinowym Reitwagenem Gottlieba Daimlera, a szlifierskim urokiem Hayabusy umyka nam fantazja przekuwania snów o indywidualizmie i wolności, w maszyny, które do niej wiozą.

Jak wszystko co w życiu dobre, także i nadszarpnięta zębem czasu motokultura czaruje nowych śmiałków gangiem silnika i nieodpartym urokiem.

KLASYKA PONAD WSZYSTKO

Jest taki moment w życiu człowieka, że przestaje nas interesować to, co można kupić prosto z półki. Odwracasz wtedy oczy od witryn sklepowych i obwoźnych sprzedawców parasoli i szukasz wartości unikalnych, niepowtarzalnych. Szukasz historii, którą możesz usłyszeć, a nie tylko produktu, który ktoś już zaplanował, zabudżetował i wypromował. Tak w wielkim skrócie może zacząć się przygoda z nurtem i historią „Cafe Racer” i przebudową motocykli. Może dopaść każdego z nas i w każdej chwili. Nie znasz dnia. 

Mnie oczarowały motocykle, w tym samym czasie co stare samochody, a więc gdzieś w okresie, gdy przestało wystarczać Wigry 3, a na BMX byłem już zbyt konserwatywny. Dwukołowce z silnikami to była zupełnie nowa jakość. Minęły lata, a wraz z nimi zachwyt nad szlifierskim urokiem nowoczesnych ścigaczy. Przyszedł czas na klasykę. Szybko okazało się, że amatorów reanimowanych staroci jest więcej. Jeden z nich to Wojtek Pastor – trójmiejski enfant terrible motocykli i gadżetów vintage, z którym przegadaliśmy wiele godzin na temat modeli, konstrukcji i retro klimatów.

NIE ZNASZ DNIA ANI GODZINY

To mógł być słoneczny poranek, albo ciepły letni wieczór, już nie pamiętamy gdzie po raz pierwszy w umysł i wzrok wdrukował nam się na zawsze sen o zrzuceniu ram, o świadomej wolności. Wolności od bzdur, gdzieś w środku systemu, zasad, pędu, kredytów i szumu plastikowych metropolii. Ktoś pamięta Brerę w Mediolanie i zamieszanie przed małą kawiarnią, gdy miejscowy James Dean zaparkował właśnie jedyne w swoim rodzaju Ducati. 

Ktoś inny pamięta szepty i uśmiechy na ulicy Haffnera w Sopocie, gdy przez skrzyżowanie powoli sunie zielony Racer przypominający Hondę CX po wizycie u mechaników z filmu „Mad Max”. Słyszeliśmy też o strzale prosto w serce przed księgarnią na Manhattanie, gdy pewien ekscentryczny milioner, żyjący z tantiem po stryjecznym dziadku od strony macochy, całkowicie przebudowanym, matowym jak karabin US Army Harleyem, wzbudził palpitację serc u dwóch modelek czekających na casting. 

Ale słyszeliśmy także o zbiegowisku na stacji benzynowej w Wejherowie, gdzie lokalny mechanik zadał szyku bobberem inspirowanym fotką z USA. Nieważne, gdzie was to dopadnie. Gdy już tak się stanie porzucicie mrzonki o splendorze korporacji, wakacjach w resortach i hodowaniu bukszpanu na tarasie apartamentowca, w którym i tak spędzacie mniej czasu, niż wasz kot. Bo ostatecznie ten czas, ten dzień nie wstanie drugi raz, a życia w życiu wciąż za mało.

CELEBRUJĄC DROGĘ

W świecie seryjnej perfekcji dla masowego odbiorcy, prawdziwym luksusem jest unikalna manufaktura. To reakcja świata na standaryzację wszystkich i wszystkiego. Jako indywidualista nie masz wyboru. Rodzisz się z potrzebą unikalnych doświadczeń i cenisz wolność. To twój los. Z tych samych powodów, z których nie zamawiasz byle jedzenia byle gdzie, nie jedziesz wprost do celu, lecz kontemplujesz drogę. No właśnie. Jeśli nie kontemplujesz, to zostaw ten tekst i weź taksówkę. Czekają ich tysiące. 

My wybierzemy raczej maszynę wyrwaną z  wyobraźni, bezczelnie nietypową jak na te czasy, maszynę, która poprawnych politycznie konformistów urazi pojedynczym siedzeniem, na surowo polerowanym zbiornikiem, krótką kierownicą, potężnym silnikiem, minimalizmem i ekstrawaganckim aerografem. Najtrudniej jest zacząć. Gdy zobaczysz taki motocykl nie możesz oderwać oczu, szukasz fanpage’ów, zaczynasz śledzić światowe trendy. 

UŁAŃSKA FANTAZJA

Mnie zaraził Wojtek Pastor, który sam miał bardzo sprecyzowane oczekiwania, co do motocykla. Długo szukał warsztatu, z którym mógłby podjąć się budowy sprzętu. Z odsieczą przyszła ekipa entuzjastów z MotorsWork, którzy spełnili wszystkie oczekiwania w swojej miniaturowej drewnianej pracowni. W trakcie budowy zaprzyjaźnili się i postanowili wspólnie promować nowe oblicze motocykli popularyzując działania MotorsWork oraz stworzyć, specjalnie na te potrzeby nowe przedsięwzięcie – MotoKultura7 Teraz i ja czekam, aż tchną drugą młodość w zaprojektowaną specjalnie dla mnie Hondę CB900.

Dlaczego właśnie retro motoryzacja? Pewnie, że polski mental motoryzacyjny ma piękną historię, ale niestety od lat miał też marną oprawę. Dekady rolno – wydobywczej prosperity czasów słusznie minionych zabiły polską motoryzację na amen. Na szczęście w powietrzu nadal unosi się niesforny duch ułańskiej fantazji, solidnego rzemiosła i przedwojennych, niebieskich migdałów. Nie każdy może być Salvadorem Dali, albo Wyspiańskim, ale warto mieć swój udział w sztuce.

PERFEKCJA I INDYWIDUALIZM

– Mamy swój cel – nad Wisłą, z gruzów niepamięci przywracamy do życia światową motokulturę. Nie daje nam spokoju pamięć o czasach, gdy dżentelmeni z pasją dyskutowali o silnikach i latali płatowcami, masowemu „kierowcy” zostawiając konia i zaprzęg. Zapytasz gdzie się podziały tamte prywatki? Właśnie reanimujemy klimat, który przysypał szczyt marzeń o „telewizorach, meblach i małych Fiatach” – obrazowo mówi Wojciech Pastor. 

Tu w Polsce, właśnie teraz są garaże, które ratują przed zniszczeniem stare japońskie motocykle, czerpiąc z nich perfekcję techniczną Kraju Kwitnącej Wiśni i dodając od siebie fantazję i husarski indywidualizm. Podglądają jak robi to, biegły w temacie świat. Kultywują tradycję i czasy, gdy w warsztatach nie było zegarów na ścianach, a w głośnikach dudnił Bill Haley, a później Sex Pistols.

CZAS ZATRZYMANY W MIEJSCU

To ogrom pracy i dbałość o detale. Na przykład MotorsWork oraz obecnie już także MotoKultura7 od siebie i kontrahentów wymagają cierpliwości i perfekcji. Tu nie ma pracy na akord, pod presją czasu. Tu czas zatrzymał się w miejscu. Najbardziej lubią zajmować się „starą Japonią”, rekonstruować i często przerabiać, nie młodsze niż kilkudziesięcioletnie motocykle, rowery, skutery. Wyjątkiem jest włoskie Ducati. Od czasu do czasu porywa ich także brzmienie Desmo. Realizują tylko kilka sprzętów rocznie w stylu: vintage, old school, cafe racer, bobber, tracker, retro chopper. Preferują japońskie modele XS, Four, Z oraz GS. 

– Od początku chodzi o pomoc w realizacji – przebudowie motocykla, roweru, skutera dla indywidualisty, więc dostosowujemy „bazy” z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych do potrzeb i oczekiwań osób znudzonych masówką współczesnych jednośladów. Adaptujemy projekty powierzone nam przez marzycieli. W każdy egzemplarzu widać ducha nostalgii za beztroską lat siedemdziesiątych – dodaje Wojciech Pastor.

Wszystkie elementy potrzebne do przebudowy to manufaktura, rękodzieło najlepszych rzemieślników starej szkoły. Maszyny zyskują drugą młodość, pojawia się naga stal, skóra, zostają tylko niezbędne elementy wyposażenia i co najważniejsze szczęśliwy właściciel ma pewność, że nikt inny nie będzie miał identycznego egzemplarza. Nazywają się MotorsWork oraz MotoKultura7. Do zobaczenia na drodze. Na pewno się nie przeoczymy.