Krzysztof Podniesiński nie lubię przegrywać

W ludziach imponuje mu pasja. Również jeśli chodzi o pomaganie innym. Obecność, rozmowa. Twierdzi, że dużo łatwiej jest pomóc i doradzać innym niż sobie. Dlatego, mimo że czas to dla niego dobro najbardziej deficytowe, nie zastanawiał się ani chwili, gdy zaproszono go do udziału w akcji „Prawnicy czytają dzieciom” organizowanej przez fundację „Między Niebem a Ziemią”. Mecenas Krzysztof Podniesiński.

Czy dużo pracując uciekamy od kłopotów?

To paradoks: praca w zwiększonym wymiarze stwarza problemy, ale pracując też uciekamy od nich. Również od kłopotów życiowych.

Praca jest pana pasją?

Jedną z kilku. Poświęcam jej wiele energii i czasu. Najbardziej lubię w niej rozwiązywanie problemów. Dla mnie zawsze celem jest rozwiązanie jakiejś kwestii, a nie prowadzenie sprawy.

Prawnicy nie są pozytywnie postrzeganą grupą zawodową.

W pewnym stopniu sami do tego prowadzimy. Część z nas jest przekonana o swojej wyższości i przewadze swojej wiedzy nad wiedzą klientów, czy osób, z którymi się spotykamy. Najgorsze, że niektórzy okazują to. Myślę, że to jeden z powodów. Poza tym świadczymy usługi niematerialne. Niekiedy ich odbiorcy sądzą, że taka praca nie zasługuje na wysokie wynagrodzenie.

Podziwia pan innych? Ktoś panu imponuje?

Zawsze imponują mi ludzie, którzy mają pasję i odnoszą sukcesy w tym, czym się zajmują. Również sukcesy zawodowe. Osoby dążące do celu, którego osiągnięcie jest bardzo trudne. Również w pomaganiu najbardziej imponuje mi pasja osoby, która angażuje się w pomoc. I oczywiście efekty tej pomocy. 

To dlatego zaangażował się pan w akcję w akcję fundacji „Między Niebem a Ziemią”?

Sylwia Zarzycka, prezes fundacji, zadzwoniła do mnie tej sprawie. Akurat jechałem na ważne spotkanie i układałem w myślach strategię negocjacji. Zaskoczony propozycją od razu się zgodziłem. Refleksja przyszła później. Miałem wątpliwości, czy chciałbym w taki sposób uczestniczyć w tej akcji. To oznaczało pewne naruszenie prywatności. Nie udzielam się w żadnych portalach społecznościowych i nie szukam podobnego rozgłosu. Wtedy znałem już jednak dziewczyny działające w fundacji - Sylwię, Paulę oraz Durgę, a przede wszystkim Elizę Kugler i jej córkę Alicję. Nie mógłbym odmówić. 

Finał tej akcji, połączony z aukcją charytatywną już 18 października w Dworze Oliwskim. Jakby Pan zachęcił środowisko prawnicze i biznesowe do przyjścia na aukcję?

To pierwsza taka akcja adresowana do całego środowiska prawniczego. Nasza zawód uważany jest za prestiżowy, ale rzadko kojarzy się z filantropią. Znajdując czas w nawale obowiązków i zajęć możemy to zmienić. Dać z siebie więcej, zrobić coś dobrego. Jeżeli nie możemy pomóc w inny sposób, warto wesprzeć akcję finansowo. Chore dzieci są tego warte. 

Fundacja ma pod swoją opieką dzieci śmiertelnie i nieuleczalnie chore. Jakie wrażenia wywarły na panu spotkania z tymi dziećmi, ich rodzicami? Jakie emocje wywołały?

Pojechałem na spotkanie z moimi dziećmi do małej wioski koło Gdyni. To było wstrząsające przeżycie. Mam wrażenie, że moje dzieci reagowały spokojniej, niż ja. W odwiedzanej rodzinie dwoje kilkunastoletnich dzieci było nieuleczalnie chorych, a trzecie - najmłodsze - zagrożone chorobą. Młodsza dziewczynka była bardzo nerwowa obserwując swojego brata, który ledwie się poruszał. Jej choroba nie była jeszcze tak zaawansowana, lecz doskonale zdawała sobie sprawę co ją czeka. To przyszło nagle, wcześniej rozwijała się normalnie, była radosnym dzieckiem. Rodzice reagowali różnie. Mama z troską, a tata najwyraźniej nie chciał się z taką sytuacją pogodzić. Nie sposób takiego spotkania zatrzeć w pamięci.

Podchodzi pan twardo do problemów innych, czy okazuje Pan współczucie?

Mężczyźni generalnie są nastawieni na czyn, na efekt niż na okazywanie uczuć. Uważam, że lepiej można komuś się przysłużyć realną pomocą, rozmową niż wylanymi łzami.

Płacze pan czasami?

Nie. Ostatni raz płakałem w szóstej klasie podstawówki.

Jest Pan typem twardego faceta?

Tak o mnie mówią

Ma pan jakieś nieprzyjemne sytuacje związane z pomaganiem?

Tak. Kiedyś za namową mojego wspólnika Sławka Łobody dokonywałem restrukturyzacji zadłużenia Hospicjum Pallotinum w Gdańsku. Była to pomoc bezpłatna i bezinteresowna, wymagająca dużego zaangażowania. Doszedłem do porozumienia z większością wierzycieli. Wyłapałem wiele nieuczciwych działań. Jeszcze 2 lata później otrzymywałem anonimowe telefony – bardzo nieprzyjemne – z pytaniami, jakie nasza kancelaria otrzymała wynagrodzenie za tę akcję i co na tym zyskałem. Niektóre osoby rozpoznałem. Byli to ludzie, którzy na skutek tej restrukturyzacji mogli stracić. Ich interesy nie zasługiwały jednak na ochronę. My włożyliśmy w to bardzo dużo serca. Byłem mocno rozczarowany.

Mimo to pomagacie dalej?

Pomagamy temu, w co wierzymy. Głównie domom dziecka. Kiedyś odwiedziliśmy jeden z takich domów. Do dziś pamiętam sytuację, która zgasiła mi światło na całe święta i tkwi we mnie do dziś. Te wszystkie dzieci w wieku około 4 lat podbiegły do mnie żebym wziął je na ręce. Jedno było niepełnosprawne i czołgało się w moim kierunku. Byliśmy we trójkę – mój wspólnik i koleżanka. Myślałem, że rozpłaczę się zanim ona to zrobi. Każde dziecko chciało mi coś pokazać, powiedzieć. Trudno mi było zapanować nad sobą. Pamiętam łazienkę składającą się z długiej deski, w której były wyżłobione miejsca do sadzania tych dzieci. Długo nie mogłem dojść do siebie. Pamiętałem wciąż te dzieci. To był we mnie jakiś przełom. Wtedy zacząłem myśleć o adopcji. Nie miałem jeszcze swoich dzieci.

Adoptowałby pan dziecko?

Tak. Gdybym nie miał własnych, to na pewno. Teraz czasami mam wątpliwości, czy potrafiłbym dzielić miłość między dzieci własne a adoptowane. Dzieci to największa wartość. Nadały mojemu życiu inny sens. Do chwili, gdy ich nie miałem, nie wiedziałem, co tracę. Teraz istotna część życia jest im podporządkowana i… dobrze mi z tym.

Rozmawia pan z dziećmi na trudne tematy – adopcji, choroby?

Tak, często. Podchodzą do tych tematów naturalnie. Staram się wiele z nimi rozmawiać, pomagać im w problemach, wpajać pewne zasady i wskazywać drogę w życiu. Najważniejsze co mogę im dać, to miłość. Staram się też zarazić je pasją. Często z nimi podróżuję. To moja największa pasja. Spakować się w parę minut i w drogę. Najlepiej gdzieś daleko. Nowe miejsca, możliwość zdobycia kolejnej góry, wulkanu, jaskini… To duża satysfakcja. Fotografie, które stamtąd przywożę. No i czas poza mailem i zasięgiem komórki.

Co pana inspiruje do podróży?

Czyjaś opowieść, książki, czasem jakieś zdjęcie, pocztówka. Proszę spojrzeć, mam tu w komórce zdjęcie – fragment jakiejś reklamy, na której była kapitalna fotografia jakiegoś miejsca. Na szczęście podpisano gdzie to jest. Pstryknąłem telefonem żeby zapamiętać nazwę. To punkt wyjścia. Kolejny krok to szukanie informacji i planowanie. Lubię wcześniej dowiedzieć się jak najwięcej o miejscu, które zdobędę.

Zdobędę?

Lubię być gdzieś przed innymi. Pierwszy na szczycie. Nie po to, żeby coś komuś udowodnić. Po prostu, daje mi to frajdę. Trochę tak było na Kilimandżaro. Szliśmy bardzo powoli. Wysokość robiła swoje. Wszystkim nam dała w kość. Ale dla mnie było nudno, zbyt wolno. Poszedłem na szczyt sam, przed innymi. Schodziłem też sam, dużo szybciej. Zostawiłem towarzyszom wędrówki wodę. Parę godzin, dam radę - pomyślałem. Dałem, ale wróciłem bardzo wyczerpany. Juz na dole bylem bliski wypicia wody z jakiegoś zagłębienia w skale.

A co pana ekscytuje w sporcie ?

Rywalizacja. Byłem kiedyś na Sri Lance i przy plaży było kilka boisk do siatkówki. Miejscowi zaproponowali nam turniej siatkówki. Nasi przeciwnicy grywali przez całe dnie, ale byli mniejsi. Siatka była nisko. My mieliśmy jednego zawodnika szczególnie wysokiego i  dobrze zbudowanego. Mimo, że przeciwnicy byli dużo niżsi od nas, zaczęliśmy przegrywać. Wydawało mi się to jakieś takie zupełnie irracjonalnie, że przegrywamy z facetami sięgającymi nam do ramienia. Zrobiłem przerwę, zebrałem chłopaków i powiedziałem do tego najwyższego, który zupełnie nie miał pasji do tej gry: „Mirek, słuchaj, to jest turniej, ja tu nie przyszedłem sobie poodbijać. Przyszliśmy tutaj, żeby zwyciężyć. To nie jest tak, że ty stoisz pod siatką i ktoś przybija obok ciebie, a ty tylko wzruszasz ramionami i się uśmiechasz. Ty masz tam iść i zablokować, a jak ci ktoś wystawi to masz zbić nad ich głowami tak, żeby piłka weszła w boisko. Zostało nam kilka piłek i po prostu załatwiamy sprawę.” Po tej rozmowie gość wziął się w garść. Po meczu podeszła do mnie jego żona i powiedziała z uśmiechem, że on jest prezesem dużego przedsiębiorstwa, zarządza grupą kilkuset osób i nikt go tak jeszcze nigdy nie potraktował. Za to „doładowanie” Mirek dziękował mi później przy piwie. Poza tym zwyciężyliśmy…

Jest pan nieźle zdeterminowany.

Po prostu bardzo nie lubię przegrywać. W życiowych sytuacjach również

Krzysztof Podniesiński: radca prawny, wspólnik w największej na Pomorzu kancelarii prawnej Krzyżagórska, Podniesiński, Łoboda i Wspólnicy Adwokaci i Radcowie Prawni. Specjalizuje się w prawie cywilnym, energetycznym i handlowym: aktywa finansowe i leasing, inwestycje budowlane. Praca jest jedną z jego pasji, choć jako największą wymienia podróże. 

37
10/2013

Tapinder Sharma do Polski przyjechał z Delhi 18 lat temu, jak to zwykle bywa – za wielką miłością.