Piotr Lempa W życiu trzeba mieć „luzio”

Pochodzi z Opola, swoją przyszłość związał z Gdynią, a na co dzień pracuje w Londynie. Piotr Lempa, wybitny śolista operowy, w rozmowie z dziennikarzem magazynu Prestiż, przełamuje stereotyp śpiewaka - sztywniaka i namawia do bliższego kontaktu z muzyką klasyczną. 

Jesteś z Opola. To miasto rzemieślnicze, gdzie głównym zawodem jest stolarz. Skąd więc ta opera?

PL: Wszyscy w rodzinie faktycznie są stolarzami. Ja jednak zacząłem śpiewać. Uczestniczyłem w różnych chórach kościelnych, ale studiować zacząłem na Politechnice Częstochowskiej ten nieszczęsny marketing i zarządzanie, który był wtedy bardzo modny. Długo nie miałem klarownego pomysłu na siebie. Ale, z drugiej strony, kto w wieku tych 19 lat taki pomysł ma... Zauważyłem, ze mój głos zaczął budzić zainteresowanie. I trochę dla chęci zabicia czasu, a trochę dla sprawdzenia się, trafiłem do uczelnianego chóru, w którym dość szybko zostałem solistą. W okolicy czwartego roku trzeba było zdecydować, którą drogę się wybiera. 

I tu pojawia się Akademia Muzyczna w Gdańsku.

PL: Tak. Dowiedziałem się, że są egzaminy i że postanowiłem spróbować. Ale też nie z tego powodu, żeby zostać śpiewakiem operowym i nie wiadomo co jeszcze. Tylko wiedziałem, że jak tego nie zrobię, to będę sobie to kiedyś wyrzucał. Pojechałem więc dla zabicia sumienia. No i się dostałem, ale nie ukrywam, że ta wiadomość mnie trochę zmartwiła.

Dlaczego?

PL: Wiesz, to momentalnie wszystko skomplikowało. Kończyłem Politechnikę i miałem jakoś nakreślony plan na życie, a tutaj taka niespodzianka. Studiowałem na piątym roku na Politechnice, robiąc jednocześnie pierwszy rok na Akademii. Trzeba było się utrzymać, więc poszedłem do Opery Bałtyckiej i powiedziałem, że chciałbym tutaj pracować, bo skoro studiuję wokal, to w konkretnym celu. Zmierzono mnie z góry do dołu i... udało się. Zaangażowano mnie do chóru. 

The Royal Academy of Music. Mało ludzi może się pochwalić taką edukacją. Jak do tego doszło?

PL: Po jednym z koncertów zagranicznych zjawił się dziwnie wyglądający facet, który się zapytał co ja w ogóle w życiu robię. To była końcówka czwartego roku na Akademii. Stwierdził, że skoro chcę się profesjonalnie rozwijać, to powinienem się kształcić w Royal Academy. Spojrzałem na niego dość nieufnie, bo przecież po Juilliard w Nowym Jorku, to druga pod względem ważności szkoła muzyczna na świecie. Ale on się upierał przy swoim i namówił mnie na przesłuchania, na które pojechałem. No i po raz kolejny się udało, dostałem się. Decyzja o wyjeździe do Londynu była bardzo trudna. Wtedy byłem już solistą w Gdańsku. Musiałem skrócić o rok studia, już na piątym roku zrobić dyplom. To było szaleństwo. Uczelnia była absorbująca, miałem kilka premier w Operze... Byłem życiowo ukierunkowany. I to wszystko trzeba było rzucić i ponieść pewne konsekwencje. To był bilet w jedną stronę. Ale szczęście po raz kolejny mi dopisało.

Do Royal Academy of Music startowało wówczas mnóstwo ludzi. A miejsc było jedynie dwanaście..

PL: Ponad 1200 kandydatów ogółem. Czyli sto osób na miejsce! Później było dwustu, którzy stanowili czołówkę, z której miała być wybrana ta dwunastka. Ja oczywiście byłem przekonany, że się nie dostanę. Ale, jak się później okazało, udało mi się dojść do czołówki, które zostają na rozmowę z władzami akademii. Bo ostatni etap to rozmowa z rektorem i członkami rodziny królewskiej.

I po raz kolejny jesteś wybrańcem – mało osób może się pochwalić spotkaniem z członkiem rodziny królewskiej.

PL: Też to nie było tak, że rozmawiałem z królową (śmiech). Do takich szeregowych zadań reprezentacyjnych jest wyznaczona cała rodzina, więc wszystkie ciotki, szwagrowie i reszta się załapują. Ale graliśmy spektakle, na których rodzina królewska oczywiście się pojawiała. Mieliśmy okazję ich spotykać. To bardzo sympatyczni ludzie. Raz nawet królowa zaszczyciła na swoją obecnością, ale wtedy to cała akademia została wywrócona do góry nogami. 

Śpiewałeś na całym świecie. Porównaj polską publiczność z zagraniczną.

PL: Oj, to znowu złożony problem. Staram się nie dzielić publiczności, bo to by mnie trochę skazywało na martwicę w zawodzie. Ponieważ publiczność dokładnie wie, kiedy coś robimy na sto procent, a kiedy tylko odbębniamy kolejny występ. Na takim poziomie emocjonalnym, na jakim odbywają sie koncerty, nie da się oszukać człowieka. Oczywiście jest różnica w edukacji muzycznej. Za granicą można sobie pozwolić na więcej awangardy. U nas mniej, ale to też nie wpływa na jakość tego, co się dzieje podczas koncertu. 

Dlaczego w Polsce nie wykształcił się mainstreamowy nurt muzyki klasycznej? Bocelli mógł, Groban też. A u nas?

PL: Wiesz co... To coś na zasadzie rynku reklam sprzed 20 lat. Aktorzy uważali wzięcie udziału w reklamie za zeszmacenie się. A teraz? W co drugiej reklamie są aktorzy. Olbrychski, który wtedy wyzywał od czci i wiary, teraz reklamuje sieć sklepów. Mam wrażenie, że gros śpiewaków do tego podchodzi w ten sposób. Myślą, że muzyka popularna będzie właśnie tym zeszmaceniem. To jest trochę ciemnogród. Teraz coś chyba zaczyna się ruszać, bo muzyki klasycznej wydaje się coraz więcej. Pojawił się trend inwestowania w kulturę, bo to zaczyna być nośne.

Gdyby cię zaproszono na – dajmy na to – festiwal w Opolu, zgodziłbyś się?

PL: Oczywiście, że tak. Czekam na taką rzecz z niecierpliwością, bo po takim występie będę miał dużo większe narzędzie w ręce do propagowania muzyki klasycznej. Jeśli będę umiał pokazać siebie - śpiewaka operowego - w interesujący sposób, to ludzie może pójdą krok dalej i przyjdą na przykład do opery. Mógłbym pokazać, że to naprawdę sympatyczna muzyka, która sprawdza się w każdych warunkach.

Skoro jesteśmy przy Opolu – oglądałeś koncert z okazji 50-lecia?

PL: Pewnie, że tak!

No właśnie. Co się stało, że już nie ma takich wykonawców i takich utworów? A nawet jak są, to siedzą gdzieś w podziemiu i muszą się przebijać latami. Dewaluacja rynku?

PL: Mam dokładnie to samo odczucie. Tylko na ile to jest faktycznie ta dewaluacja... Ciężko stwierdzić. Chociaż kiedyś, na którymś z portali, widziałem taką grafikę. Z jednej strony Justin Bieber... Tylko żeby nie obrazić jego fanów, bo to podobno niebezpieczne (śmiech). Tam był tekst „oh, baby, baby, baby”, czy jakoś tak i kilku kompozytorów oraz kilkunastu producentów. Z drugiej natomiast było „Bohemian Rhaposody”, gdzie autor i producent był jeden - Freddie Mercury. Mam takie poczucie, że w dzisiejszym natłoku informacji, gdzie mózg jest prany codziennie, wszystko schodzi do poziomu chwilowej odskoczni od rzeczywistości. Jakby te teksty faktycznie miały o niczym nie mówić, żebyśmy nie musieli się zastanawiać. Mam nadzieje, że ten trend się kiedyś odwróci i narodzi się kolejny Niemen, czy Grechuta.

Marzenia Piotra Lempy...

PL: Żeby się wszystko rozwijało tak, jak się rozwija. Przymierzam się do nagrania nowej płyty, obecnie poszukuje sponsorów, a że w Polsce ciężko znaleźć chętnych, którzy wsparliby muzykę poważną, ta wizja realizowania projektu odsuwa się z miesiąca na miesiąc. Bedzie to płyta z kompozycjami Rafała Kłoczko do tekstów Mickiewicza, Gałczynskiego, Tetmajera i innych wielkich Polaków. Pięknie napisana i zaranżowana muzyka. Może po tym artykule znajdzie sie sponsor, który jeszcze wierzy w kulturę (śmiech).

Ale marzenia zawodowe już niektóre spełnione. Słynna i kultowa Carnegie Hall zaliczona.

PL: Tak. I to dość dziwnym trafem już na początku kariery. Do Nowego Jorku wybrałem się jeszcze za czasów Akademii. Wakacyjny wyjazd. Ale że już wcześniej bywałem na koncertach z chórem, już jako solista, to niektórzy wiedzieli kim jestem. No i tak się wtedy złożyło, że ktoś komuś powiedział, że przebywam w Nowym Jorku. Przez jednego z agentów trafiłem do Carnegie Hall. Śmieszna sprawa, bo takie miejsca są uznawane za zwieńczenie, czy ukoronowanie kariery. A u mnie stanowiło ono niemalże początek.

Wróćmy zatem jeszcze do tego początku. Wybór młodego człowieka nie pada zazwyczaj na muzykę poważną, kiedy okazuje się, że potrafi śpiewać.

PL: Wiesz co, ja nie miałem tego dylematu, bo zaczynałem w trochę innych czasach. Ja zawsze unikam sformułowania „muzyka poważna”. To jest taki polski pompatyczny słowotwór. Że człowiek musi być we fraku, który go gniecie z każdej strony i jest tak napompowany, że pod koniec koncertu wybucha. A to nie jest tak. Jest to muzyka klasyczna. Ale trzeba też sobie zdać sprawę, że muzyka klasyczna to była muzyka rozrywkowa tamtych czasów, w których powstawała. Niedawno miałem w Londynie wywiad z dziennikarką, która zatytułowała go „W operze można się dobrze bawić”. I to jest motto. 

Zburz stereotyp sztywnego śpiewaka. Bo wiesz jak ludziom się wydaje – że chodzicie z deską przybitą do kręgosłupa.

PL: (śmiech) Widzisz, mam jeansy, t-shirt i klapki. Staram się być normalnym człowiekiem. Nie można się zbyt napompować. Jak to mój profesor mawiał – w życiu to trzeba mieć takie „luzio”. I ja to luzio staram się utrzymywać. To jest mniej więcej taka sytuacja, jak ta akcja z Abelrdem Gizą, który przygotował słynny już skecz o papieżu. Ja kompletnie nie wiem o co ludziom chodzi. Bo ten papież jak rano wstaje to naprawdę może mu się nic nie chcieć. I chodzi do tej toalety. Tak samo śpiewak operowy. Też chodzi do toalety, też czasem rano mu się nie chce. Mamy zakręty życiowe, chorujemy. Jesteśmy zwykłymi ludźmi. Fajnie by było, gdyby niektóre funkcje pełnione w życiu nie narzucały schematu myślenia. Ja zawsze staram się pokazać, mówiąc wprost, że śpiewak operowy to zwykły człowiek i też puszcza bąki.