Z Joanną Kuciel-Frydryszak udaje nam się porozmawiać w krótkiej przerwie między kolejnym spotkaniem z czytelnikami (tym razem w Sopocie) a jej pociągiem powrotnym do Wrocławia. Nic dziwnego, że w kalendarzu pisarki trudno ostatnio o wolną chwilę – jej najnowsza książka „Chłopki. Opowieść o naszych babkach” wydana kilka tygodni temu przez Marginesy zniknęła z półek w księgarniach w błyskawicznym tempie. Dla wielu czytelników „Chłopki” mogą okazać się najważniejszą lekturą ostatnich lat.

Muszę pani coś wyznać.

Słucham.

Chciałabym nazwać dwa uczucia, które towarzyszyły mi w trakcie lektury pani książki. To po pierwsze – wstyd, po drugie zaś – złość.

Dlaczego właśnie wstyd?

Historie kobiet, które opowiada pani w swojej najnowszej książce “Chłopki. Opowieść o naszych babkach” to także część mojej własnej opowieści, żadna z nas nie funkcjonuje przecież w oderwaniu od swoich korzeni. Jest mi wstyd, bo potrzeba zrozumienia tych kobiet przyszła bardzo późno, a już dawno powinna zastąpić skłonność do pochopnej i, najczęściej bardzo surowej, oceny. Opowieści, które snują pani bohaterki słyszałam wielokrotnie z ust babć – ale nigdy nie miałam chyba wystarczająco dużo czasu czy przestrzeni na potrzebną nad nimi refleksję. Teraz, spisane przez panią czarno na białym – mają ogromną siłę rażenia.

Rozumiem. Skąd zatem złość?

Przemoc fizyczna i psychiczna, głód, praca ponad siły, brak perspektyw i realnego wpływu na kształtowanie własnego życiorysu, skrajne uprzedmiotowienie, okrucieństwo, właściwie kompletny brak prawdziwych, głębokich relacji nawet z pozornie bliskimi ludźmi, do tego aranżowane małżeństwa… To obraz daleki od romantycznych wizji pełnych radosnych uroczystości, haftowanych koszul i sianokosów w blasku zachodzącego słońca. Polska wieś z pierwszej połowy XX wieku to jednak nie do końca reymontowski obrazek.

To prawda, choć i u Reymonta mamy sporą dawkę brutalności i twardej hierarchii, jaka rządziła ówczesnym wiejskim społeczeństwem. Praca nad „Chłopkami” okazała się trudnym emocjonalnie doświadczeniem, takim, po którym niełatwo wraca się do rzeczywistości i po prostu przechodzi do następnego tematu. Ogrom cierpienia, jaki wyłania się z historii moich rozmówczyń – a są to także potomkinie kobiet żyjących na wsi kilkadziesiąt lat temu – to spory ciężar, z którym muszę sobie radzić zarówno jako autorka książki, ale też kobieta czy po prostu człowiek.

Dlaczego zdecydowała się pani na napisanie tej książki? Komu potrzebne są historie często niepiśmiennych kobiet, które przez większość życia nie wyjechały poza granice swojej wsi? Oczywiście pytam nieco przekornie, bo „Chłopki” to dla dużej części naszego społeczeństwa jedna z najważniejszych lektur ostatnich lat, sądząc po dyskusjach, które wywołała i szybkości, z jaką pierwszy nakład zniknął z półek księgarń.

Kilka lat temu ukazała się moja książka „Służące do wszystkiego” i „Chłopki” niejako „wypączkowały” z tej właśnie tematyki. Służące, kobiety znajdujące się bardzo nisko w hierarchii społecznej w ubogim polskim społeczeństwie to były głównie właśnie dziewczyny ze wsi. Takie, które wyjechały lub uciekły do miasta w poszukiwaniu jakiejkolwiek pracy. Po lekturze „Służących” odezwało się do mnie wiele osób, które należą, potomkowie i potomkinie służących, opowiadający z wielkimi emocjami o swoich korzeniach.

Poziom i intensywność emocji tych czytelników zaskoczył mnie – zapragnęłam zgłębić temat, ale okazało się, jak trudne to zadnie, nie tylko właśnie z powodów emocjonalnych, ale także źródłowych – relacji pozostawionych przez wiejskie kobiety sprzed stu lat jest niewiele. W tej sytuacji, ale też, by pokazać, jak w gruncie rzeczy było to niedawno, rozmawiałam także z potomkami moich bohaterek.

Czy ludzie chętnie dzielili się z panią swoimi historiami? To często dramatyczne życiorysy, o których część osób pewnie wolałaby nie mówić.

Niektórzy chętnie, ale problem leżał gdzie indziej - rodzinne wspomnienia, które badałam w czasie pracy nad książką często sprowadzały się do kilku zdań. Ludzie opowiadali np., że w rodzinnej wsi babki była bieda, ale nie bardzo wiedzieli, co się właściwie za tym stwierdzeniem kryje. Czy fakt, że babcia posiadała jedną krowę i dwie kury czynił ją wystarczająco ubogą, by powiedzieć, że rodzina żyła w nędzy? Czy dzieci – a było ich często po ośmioro, dziesięcioro w jednej rodzinie, miały buty, w których mogły np. chodzić do szkoły? Bo brak butów był realnym problemem, uniemożliwiającym niektórym dotarcie do szkoły i w konsekwencji – pobieranie edukacji. A z drugiej strony, ludzie, którym udało się ze wsi uciec czy wyjechać i awansować społecznie, mieli często nikły kontakt z pozostawionymi na wsi rodzinami i nie bardzo chcieli słuchać, a potem opowiadać o tym, od czego sami uciekli. Po jednym ze spotkań autorskich jedna z pań wyznała, że, mając chłopskie korzenie, dopiero od niedawna coraz śmielej się temu przygląda i zaczyna nawet identyfikować się z tym dziedzictwem. Z kolei inna jej koleżanka powiedziała, że nie ma ze swoimi chłopskimi korzeniami nic wspólnego, ponieważ one ”wypłukują się” z człowieka po dwóch pokoleniach.

Pozwolę sobie nie zgodzić sie a tą arytmetyką. Traumy i trudności, które naznaczyły życie babek nie znikają z naszego życia ot tak. Nosiły je w sobie matki, nosimy je i my.

Ale może niektórzy z nas mają szczególnie silną potrzebę, by to dziedzictwo z siebie „wypłukać”? Wiele osób mówi o traumie trzeciego pokolenia – kobiety, które dziś odkrywają trudne losy swoich babek, to często świadome, inteligentne i wyemancypowane osoby, próbujące ułożyć się ze spuścizną swoich przodkiń, która w najbardziej niespodziewanym momencie potrafi przejąć kontrolę nad naszym zachowaniem czy emocjami, ale również może dawać siłę.

Co pozytywnego może z takie dziedzictwa wynikać?

Myślę, że bieda, potrzeba nieustannego zabezpieczania się na pewno odcisnęły się na sposobie, w jaki wychowywano i w dalszym ciągu wychowuje się u nas dzieci. To wychowanie do pragmatyzmu zaradności, elastyczność, umiejętności radzenia sobie z problemami. Ale owa postawa może też mieć swoją ciemną stronę – lęk przed wychodzeniem przed szereg, podejmowanie ryzyka, co objawia się w strachu przed samodzielnością i podejmowaniem własnych decyzji. W wielu rodzinach dziewczynki słyszały – to nie dla ciebie, zejdź na ziemię, podaruj sobie zawodowe ambicje, zajmij się lepiej domem, rodziną. Matka jednej z moich rozmówczyń powtarzała często, że „kto się pod ławką urodził, ten nigdy na nią nie wejdzie”. Proszę tylko pomyśleć, z jakim okropnym, fatalistycznym przekazem wiele z nas mierzy się przez całe życie.

Czy to także pani osobiste doświadczenie?

Na szczęście nie – moja mama zawsze zachęcała mnie do rozwoju i bardzo wysoko ustawiała mi poprzeczkę. Ale wiele kobiet z mojego pokolenia zmagało się z własnymi aspiracjami – wychowywane na żony i matki, w dodatku z przekazem, że świat jest groźny, ludzie źli, a życie to nieustanna walka z trudnościami. Nie wiadomo jak będzie, nie wiadomo, czy jutro w ogóle nadejdzie – to był świat, w którym dorastały nasze babki. Rzeczywistość kryzysów ekonomicznych i politycznych, wojen, wielkich migracji – te doświadczenia odcisnęły się nie tylko na chłopskich rodzinach. Ale w przypadku mieszkańców wsi był jeszcze inne istotne czynniki – niewyobrażalna bieda, często głód, nieleczone choroby. W takich realiach rzeczywiście trudno było o optymizm. Potem to przełożyło się na strach przed światem i ludźmi generalnie.

Podsumowując – najlepiej nie wychodzić bez potrzeby z domu i ewentualnie oglądać w nim telewizję.

Dokładnie tak. I przed tym telewizorem spokojnie czekać na śmierć.

Co z tradycyjnym modelem rodziny, który tak często wychwalamy w patriotycznych przekazach?

Rodziny chłopskie w opisywanym przez mnie czasie, zgodnie z tradycją organizowały się wokół pracy, każdy z nich był właściwie pracownikiem i więzy emocjonalne często były słabe. Zwłaszcza w przypadku, gdy dziewczyna była wydawana za mąż właściwie wbrew swoje woli, z czystej kalkulacji, którą przeprowadzali rodzice. Wychodziły „za morgi”, a właściwie były sprzedawane i same tak to czuły. Kobiety wychowywane były na strażniczki domowego ogniska i właściwie nie powinny były interesować się niczym poza pracą i domem. Do dziś środowiska konserwatywne starają się ten wzorzec utrwalać. Na przykład matka, która po rozwodzie dzieli opiekę nad dziećmi z byłym mężem w równym stopniu jest u nas społecznie podejrzana. O takich kobietach mówi się, że „oddały” dzieci – skoro nie chcą zajmować się nimi cały czas, może tak naprawdę wcale ich nie kochają? Na szczęście to się zmienia, jeszcze 20-30 lat temu sytuacja, w której kobieta nie dostaje po rozwodzie pełnej opieki nad dziećmi była absolutnie nie do pomyślenia, dziś ojcowie nie tylko przejmują część tej opieki, ale też po prostu częściej udzielają się we wszystkich aspektach rodzinnego życia. Przewijają, karmią, wychodzą z dziećmi na plac zabaw.

Rozmawiają z nimi, pomagają wiązać buty, uczestniczą w szkolnych zebraniach... Tuż przed urodzeniem pierwszego dziecka prowadzący ciążę ginekolog wezwał do gabinetu mojego męża i z pełną powagą zwrócił się do niego, mówiąc: ”Proszę pamiętać, że poza karmieniem piersią nie ma w wychowaniu dziecka niczego, w czym nie mógłby pan współuczestniczyć razem z żoną”. Wtedy mnie to rozbawiło, dziś doceniam wagę i prawdziwość tych słów.

Dotarłyśmy do ciekawego wątku obecnego także w „Chłopkach” – podziału obowiązków domowych. Są badania, z których wynika, że przeciętna mieszkanka wsi w okresie międzywojennym pracowała średnio rocznie o 500h więcej niż np. jej mąż. To prawie 15 % więcej niż statystyczny mężczyzna! Oczywiście, mężczyźni wykonywali cięższe prace fizyczne, ale w ogólnym rozrachunku byli obciążeni mniejszą liczbą obowiązków. Praca domowa pozostawała „babską robotą”. Kobiety natomiast często pomagały w polu przy większości typowo męskich zajęć, wcześniej wstawały i później kładły się spać.

Czy nasze babki były pogodzone z takim stanem rzeczy?

Zdecydowanie nie! Już wtedy kobiety dostrzegały, że ten podział jest niesprawiedliwy i skarżyły się na swój los, część próbowała się od niego uwolnić, wyjeżdżając do miast, najczęściej na służbę. Inne poszukiwały ulgi w religii, wierząc, że po śmierci spotka je nagroda, a tu na ziemi, muszą się zmagać, niosąc swój krzyż, na przykład rodząc wielokrotnie, chorując, a czasem wręcz głodując.

Kobiety, które chciały się uczyć lub w jakikolwiek sposób planować ciążę, surowo potępiano z ambony.

Kościół odmawiał prawa do kontroli urodzeń nawet kobietom, które ze względów zdrowotnych czy materialnych po prostu nie mogły sobie pozwolić na kolejne porody. Od kobiet wymagano, aby były męczennicami. Ponadto wiejskie kobiety nie miały dostępu do lekarzy, często po prostu umierały przy porodzie lub tuż po nim. Kobiety zachodziły w kolejne ciąże przez większość swego dorosłego życia, nawet będąc przy nadziei nie oszczędzały się i ciężko pracowały w polu oraz przy zwierzętach. Z powodu ogólnego osłabienia wypadały im zęby, włosy oraz narządy rodne. Znane są historie tych, które rozpaczliwie szukały ratunku u wiejskich znachorek, albo, nie mogąc znaleźć pomocy w przypadku niechcianej ciąży, po prostu odbierały sobie życie z rozpaczy i braku perspektyw. Nowo narodzone dzieci porzucano także w lesie i na polu – oczywiście nie była to reguła, ale skala tego zjawiska była o wiele większa, niż możemy to sobie wyobrazić. Przy tym stanowisko Kościoła pozostawało twarde i jednoznaczne. Losem rodzin, dzieci czy samych matek niespecjalnie się potem przejmowano w myśl zasady „Bóg dał, Bóg zabrał”.

Czy możemy, w dużym skrócie, spróbować odpowiedzieć na pytanie – co dało, a co zrobiło nam nasze chłopskie pochodzenie?

Moja książka jest właśnie bardziej tym pytaniem, niż odpowiedzią. To od czytelników dowiaduję się, jak ich chłopskie korzenie wpływają na ich dzisiejsze, często zupełnie oderwane już od wiejskich realiów życie. Ale można się na przykład zastanawiać, czy bierność polskiego społeczeństwa, brak zdecydowanego sprzeciwu i bezrefleksyjne powierzanie swojego prawa do wyborów instytucjom politycznym czy Kościołowi nie jest właśnie pokłosiem tego dziedzictwa. Społeczeństwa mieszczańskie i laickie, jak choćby we Francji, potrafią się dużo skuteczniej upominać się o swoje.

A pozytywna strona tego dziedzictwa ?

Spójrzmy na kobiety, które w Polsce dopiero budzą się do prawdziwej wolności. To długi proces, ale wierzę, że nie da się go zatrzymać. W przeciwieństwie do naszych babek i matek, mamy coraz większą odwagę, by mówić – tak, jestem ważna, mam swoje potrzeby. Wielopokoleniowe przekazy nakazywały kobietom zapomnieć o sobie i swoich ambicjach, najważniejsze, by odpowiednio zaopiekowały się domem i członkami rodziny, jej życie nie było ważne, a słowo POTRZEBA w zasadzie nie funkcjonowało w jej słowniku. Poza tym, jest jeszcze wspomniana już przemoc, wielki, trudny temat, którego zaledwie dotknęłyśmy.

Mimo wszystko proszę, nie kończmy naszej rozmowy pesymistycznie.

Wiele kobiet po lekturze „Chłopek” powiedziało mi, że zauważyło wiele opisanych przeze mnie mechanizmów także w swoich rodzinach, a nawet u siebie. Jednocześnie przyznały, że poczuły w sobie wielką siłę, hart ducha i po przeczytaniu książki nareszcie potrafiły dostrzec źródło tej siły. Skoro niepiśmienna, bosa i niedożywiona kobieta z gromadką dzieci okazała się na tyle silna, że przetrwała, to dlaczego my mamy sobie nie poradzić? Dziś możemy aktywnie walczyć o to, by świat był dla kobiety bardziej sprawiedliwym, po prostu lepszym miejscem do życia– wykuwajmy to w kamieniu, ja książką, pani – tekstem. Niech to się dzieje w imię naszych prababek.